sobota, 29 grudnia 2007
Dobrze, że już po świętach
OK...nie jestem osobą zbyt rodzinną. Nie lubie siedzieć przy stole, z przyklejonym uśmiechem na twarzy i udawać, że jestem szczęśliwy.
Święta to dla mnie jedna wielka nuuuda. Te wszystkie przygotowania, szał zakupów i gotowania...po co tyle tego?? Chyba po to, by zaraz po świetach zacząć zrzucać przybrane kilogramy;/
Z chwilą gdy ten "magiczny czas" dobiegł końca wyjechałem...do Wrocławia, do mojego Kochania:) Co z tego że nauka, co z tego że pieniędzy mało...wsiadłem w pociąg i znalazłem się na Dolnym Śląsku.
Mój wyjazd zbiegł się akurat z dniem moich urodzin, hehe...Myślałem że spędze je z Miśkiem, a tu nasi znajomi zadzwonili z zaproszeniem na partyjkę....eurobuissnes'a haha. Ok, pojechaliśmy. Chłopaki zrobiły mi niespodziankę. Dostałem książkę zapakowaną w cudowną, prześliczną, rzucającą się od razu w oczy....różową torbą. O ludzie ale miałem głupawe jak to zobaczyłem.
Wieczór spędziliśmy bardzo miło, ale nie posiedzieliśmy za długo. Robert musiał wcześnie wstać następnego dnia, bo szedł do pracy grrr. To oznaczało dla mnie 8-godzinne siedzenie samemu. Jakoś połowę tego czasu przespałem, drugą-czytałem.
Nadszedł kolejny wieczór, spędziliśmy go na miłym spacerku po rynku i robieniu zdjęc nowo zakupionym aparatem. Niedługo zdjęcia znajdą się na blogu:)
A dziś...znowu czekam na mojego Misia, aż wróci z pracy. Ale mam już dostęp do internetu, więc myślę że jakoś znowu wytrzymam.
A już za parę dni sylwester....
środa, 12 grudnia 2007
Mikołajki
W tym roku odwiedział mnie mój prywatny Mikołaj i tak mu się spodobało, że aż został na kilka dni.
Lepszego prezentu nie mogłem sobie wyobrazić. Móc znowu poczuć bliskość ukochanej osoby, budzić się obok niej. Nic tego w życiu nie jest w stanie zastąpić.
Przyjazd dość wyjątkowy, bo po raz pierwszy spędzaliśmy czas na moim mieszkaniu. Mogliśmy się poczuć tak ciepło, domowo. Przez te kilka dni stworzyliśmy przysłowiowe gniazdko rodzinne.
Dodatkowo Robert zajął się częścią wizualną tego gniazdka...od uszczelnienia okna, po umycie ścian i posprzątanie całego mieszkania. Ech...Teraz to dopiero ładnie wygląda.
Ja na takie rzeczy w ciągu tygodnia nie mam czasu. Rzucam ubrania, książki gdzie popadnie i biegne bądź na zajęcia, bądź do pracy. Tylko łóżko pozostaje w miarę uporządkowane...trzeba w końcu gdzieś spać.
A skoro mowa już o uczelni...Mam teraz ciężki okres. Wszystko pędzi w zawrotnym tempie, dni mijają bardzo szybko. Nawet podczas snu wydaje mi się, że jestem dalej w tym pędzie.
Na szczęście, kilka ostatnich dni pozwoliło mi na wzięcie trochę głębszego oddechu.
Jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że wiem dla kogo żyję, dla kogo znoszę tyle przykrości dnia codziennego. I uczucie, które pojawiło się owego czasu, że to wszystko może nie ma sensu, życie razem a jednak osobno, legło w gruzach.
Nie ważne czy jesteśmy oddaleni od siebie o 200 km, czy o 20 tysięcy. Z kimś takim jak On warto pokonywać wszelkie trudności.
A co najbardziej dziwnego, nawet po tych prawie dwóch latach razem...ciągle potrafi mnie maksymalnie zaskoczyć...:*
niedziela, 25 listopada 2007
Opowieść
Tym razem twórczość nie-moja :
Dawno, dawno temu, na oceanie istniała wyspa, którą zamieszkiwały emocje, uczucia oraz ludzkie cechy - takie jak:Dobry Humor, Smutek, Mądrość, Duma;
a wszystkich razem łączyła Miłość.
Pewnego dnia mieszkańcy wyspy dowiedzieli się, że niedługo wyspa zatonie. Przygotowali swoje statki do wypłynięcia w morze, aby na zawsze opuścić wyspę.
Tylko Miłość postanowiła poczekać do ostatniej chwili.
Gdy pozostał jedynie maleńki skrawek lądu - Miłość poprosiła o pomoc.
Pierwsze podpłynęło Bogactwo na swoim luksusowym jachcie. Miłość zapytała:
- Bogactwo, czy możesz mnie uratować?
- Niestety nie. Pokład mam pełen złota, srebra i innych kosztowności. Nie ma tam już miejsca dla ciebie. - Odpowiedziało Bogactwo.
Druga podpłynęła Duma swoim ogromnym czteromasztowcem.
- Dumo, zabierz mnie ze sobą! - poprosiła Miłość.
- Niestety nie mogę cię wziąć! Na moim statku wszystko jest uporządkowane, a ty mogłabyś mi to popsuć... - odpowiedziała Duma i z dumą podniosła piękne żagle
Na zbutwiałej łódce podpłynął Smutek.
- Smutku, zabierz mnie z sobą! - poprosiła Miłość,
- Och, Miłość ja jestem tak strasznie smutny, że chcę pozostać sam. - Odrzekł Smutek i smutnie powiosłował w dal.
Dobry Humor przepłynął obok Miłości nie zauważając jej, bo był tak rozbawiony, że nie usłyszał nawet wołania o pomoc.
Wydawało się, że Miłość zginie na zawsze w głębiach oceanu...
Nagle Miłość usłyszała:
- Chodź! Zabiorę cię ze sobą! - powiedział nieznajomy starzec.
Miłość była tak szczęśliwa i wdzięczna za uratowanie życia, że zapomniała zapytać kim jest jej wybawca.
Miłość bardzo chciała się dowiedzieć kim on jest tajemniczy starzec.
Zwróciła się o poradę do Wiedzy.
- Powiedz mi proszę, kto mnie uratował?
- To był Czas. - Odpowiedziała Wiedza.
- Czas? - zdziwiła się Miłość. - Dlaczego Czas mi pomógł?
- Tylko Czas rozumie, jak ważnym uczuciem w życiu każdego człowieka jest Prawdziwa Miłość - odrzekła Wiedza.
sobota, 17 listopada 2007
Bez ładu
Dziś jeden z tych dni...gorszych dni.
Czuje, że coś mnie przytłacza, nie jedno, ale kilka rzeczy naraz.
Tracę codzienną radość z życia. Ogarnia mnie szarość ( zimowa deprecha??).
Usiadłem i zacząłem myśleć, myśleć, że tak na prawdę w TYM życiu jestem sam. Budzę się rano, przeżywam dzień....jałowo, jak każdy inny. Poprzerywany tylko czasem dźwiękiem telefonu.
Czuję się sam...jedyne co, przypomina mi o Tobie, to telefon leżący obok. Ale czy do niego mogę się przytulić i poczuć ciepło??
Byłem dziś na blogu...i znalałem coś, co napisałem półtora roku temu. Kopiuje sobie to tutaj, by potm łatwo to odnaleźć.
To, że Ciebie spotkałem,
To, że mogę z Tobą dzielić swoje życie,
To, że mogę Cię kochać,
To wszystko daje mi pewność, że jestem czegoś wart...
Wart Ciebie, wart siebie...
To dzięki Tobie moje życie każdego dnia nabiera sensu.
Beznadziejność wydaje się wtedy mniejsza, bo jesteś Ty....
" i choć dziś tak daleko nam do siebie, wiem jedno, ana pewno zobaczę Cię znów"
Bądź już na zawsze przy mnie...poszę...
W tej chwili dodałbym do tego: "TU i TERAZ"
piątek, 16 listopada 2007
W kropce...
Tęskni.
Ja na to mam mało czasu.
Pyta, kiedy przyjadę...
Nie wiem co odpowiedzieć.
Gdy patrzę przed siebie, widzę rosnący stos książek, które muszę "przetrawić".
Czy nasze życie musi opierać się na nieustannym oczekiwaniu na "następny raz"?
Czemu nie może być TU i TERAZ?
Nie mam zbyt wiele czasu na tęsknotę, czasem jakaś taka myśl przez głowę przemknie.
Nie mogę załamywać rąk, poddawać się. Któryś z nas musi być tym silniejszym...padło na mnie.
A ja, czasem się zastanawiam, jak to wszystko jestem jeszcze w stanie unieść....
niedziela, 11 listopada 2007
Tetrada "szczęśliwych" dni
Tak. Zdecydowanie musze przyznać, że wydarzenia z ostatnich dni, podziałały na mnie bardzo "pozytywnie".
Z nocy z czwartku na piątek obudziłem się z okropnym bólem lewej połowy twarzy. Myślałem, że pęknie mi szczęka oraz głowa, a lewe oko wyskoczy z oczodołu.
Wziąłem więc jedną tabletkę Naproxenu. Minęła godzina....nic. Wziąłem więc drugą. Mija kolejna godzina, a ja się zwijam z bólu. Dosłownie leżałem zwinięty w kłębek na łózku, zastanawiając się czy iść/nie iść na pogotowie. Koło 7 rano zwlekłem się, narzuciłem coś na pidżamę i wyszedłem do koleżanki po jakiś mocniejszy środek. Nie pamiętam jak dotarłem...Zabrałem od niej co trzeba i wróciłem do swojego mieszkania. Ból lekko się zmniejszył, postanowiłem więc spróbować zasnąć.
Przespałem 3 godziny...bólu już nie było. Trzeba się było więc zabrać za naukę, w poniedziałek czekały mnie 4 zaliczenia i to w dodatku, tylko z jednego przemiotu (sic!).
Nie będe lepiej mówił co wyszło z tej nauki...
Wieczorem ból powrócił. Na początku trochę mniejszy. Wziąłem więc tylko ćwiartkę tabletki, bo po ubiegłonocnych perypetiach, jeszcze mdliło mnie w żołądku.
Po jakiś 15 minutach znowu zwijałem się z bólu...W ruch poszedł więc ketonal. Bałem się zasnąć...na prawdę! Jakoś jednak się udało...
Sobota, była dniem powolnego odsypiania dwóch ostatnich dni. Ale żeby nie było mi za dobrze, dopadło mnie przeziębienie...lekkie bo lekkie, ale rozłożyło mnie psychicznie. Z nauki wyszło wielkie NIC.
Dziś jest niedziela. Coś tam mi się udało poczytać, coś nauczyć, ale i tak to nie wystarczy, żeby zdać.
Eh...jutro porażka na całej linii będzie.
Moja mobilizacja dzisiejsza wyglądała tak, że potrafiłem się w żyrandol gapić bezmyślnie przez ponad godzinę...
środa, 7 listopada 2007
Po raz pierwszy od dłuższego czasu...
...poczułem się jak taka mała, zdeptana mrówka. Nikt nawet nie spojrzy w dół i nie zwróci na nią uwagi...;/
niedziela, 28 października 2007
Czyżby?
...w końcu los stał się dla mnie łaskawszy?? Nie możliwe, hehehe...
Kończy się pierwszy miesiąc nowego roku akademickiego. A ja co?? Nie zaliczyłem nawet jednej przysłowiowej "kapy".
Czuję się tak, jakbym studiował na innej uczelni, a nie na Uniwersytecie Medycznym. Nawet przedmiot, który jest zmorą studentów na tym roku jakoś mi idzie...i potężne kolowkium udało się zdać za pierwszym podejściem-szok!
Oczywiście nie mogę powiedzieć, że mam to wszytsko za darmo. Uczę się rzeczywiście dużo, ale w przeciwieństwie do poprzednich lat...uczę się i ZDAJĘ.
Mam nadzieje, że taki stan będzie trwał dalej.
Muszę przyznać, że kolejne sukcesy mnie motywują do jeszcze bardziej wytężonej pracy.
Po za tym, staję się chyba coraz bardziej popularną osobą w Katowicach. Na moje zajęcia przychodzi coraz większa grupa osób. W tej chwili jest ich 10. Nieźle nieźle. Tylko zastanawiam się, jak zapytać szefa, czy obiecana podwyżka nie mogłaby być już od tego miesiąca. Na szczęście na to mam jeszcze około tygodnia...
Eh...stęskniłem się już strasznie straszniście za Miśkiem. Dobrze, że mam wolne od wtorku, tak więc jutro tylko do przeżycia 10 godzin zajęć, a potem wyruszam do Wrocławia!! W naszych planach pojawiło się m.in: wspólne gotowanie i odwiedzenie nowootwartego centrum handlowego MAGNOLIA PARK:)
Nie tracać więcej czasu, wracam do nauki. Jutro trzeba znów napisać "wejściówkę" i co najważniejsze, zdać ją!
sobota, 13 października 2007
Maraton
Poniedziałek-Czwartek to dla mnie naprawdę ciężkie dni. Biegam na zajęcia, wracam do domu, siadam i wkuwam i od czasu do czasu odwiedzam znajomych, co by nie dać się zwariować...Nie zauważam nawet kiedy robi się ciemno.
W pracy nieźle. Dostałem obietnicę, w sprawie malusieńkiej podwyżki. Dodatkowy grosz zawsze się przyda, bo jak pomyślę, co mam jeszcze kupić to....
Już długo się z Misiakiem nie widzieliśmy. Ciągle się nasze plany dnia ze sobą rozmijają. Gdy on ma czas się spotkać, ja mam zaliczenia, a gdy ja mam wolne-on pracuje. Eh...
Już zdążyłem zapomnieć jak pachnie, jak miło jest czuć go blisko, jak miło wyciągnąć ręke przed siebie i poczuć, że się ma kogoś kochanego niedaleko...
niedziela, 23 września 2007
Veni, vidi, vici
Hmm…od czego by tu zacząć. Tyle się wydarzyło…
Poniedziałek 11.09.2007
W ten dzień czekał mnie egzamin praktyczny. Dzięki pomocy Roberta, nie denerwowałem się aż nadto. Jednak gdzieś tam głęboko czułem, że dużo zależy od tego, jak napisze. Wszak egzamin ten otwierał drogę do „II etapu” , czyli rozmowy face to face z egzaminatorem.
Osób zdających było trochę-prawie setka. Oczywiście normą były krążące plotki o osobie, która egzamin przygotowała. Tuż przed egzaminem runęły one w gruzach.
Minęła godzina i było po wszystkim. Teraz trzeba było czekać na wyniki…dwie godziny stresu.
Wszystko poszło dobrze, na wymagane minimum, ale nie ważne. I tak przy swoim numerze widniał napis „ZALICZONO”.
Od tego momentu wpadłem w wir przerzucania książek. Następnego dnia, czekał mnie ustny.
W ciągu kilku godzin przekartkowałem prawie 500 stron skryptów. Nie pytajcie mnie jak to zrobiłem. Sam się po dziś dzień dziwie…
Wtorek 12.09.2007
Jestem 15 minut przed czasem i co…okazuje się, że opóźnienia w pytaniu są takie, że muszę czekać dwie godziny!!
Ludzie wychodzą z ustnego, podają pytania jakie mieli, a ja zadaje sobie pytanie CO TU ROBIĘ…
Poziom mojego stresu rośnie z minuty na minutę. Wyczytują mnie, trafiam do osoby, której nie lubię. PORAŻKA!
Jednak okazuje się, że egzamin przebiega w miłej atmosferze. Po kilku minutach wychodzę szczęśliwy- w końcu mam wakacje!!!!
Wróciłem do akademika, potem poszedłem ze znajomymi na piwko i wróciłem do domu. Trzeba się było spakować, bo następnego dnia miał przyjechać Misiaj na długie 9 dni….
Środa-początek urlopu
Ok…może i Katowice nie są najszczęśliwszym miejscem do spędzania urlopu, ale gdy się nie ma pieniążków zbyt dużo…No i akademik-cena 6zł/dobę zachęcała bardzo bardzo.
Nie będę się rozpisywał. Powiem jedno: BYŁO WSPANIALE.
Dużo spacerowaliśmy, eksplorowaliśmy miasto i chodziliśmy popluskać się w parku wodnym. Nie sądziłem, że Katowice są takie „zielone”. Nawet niedaleko akademika potrafiliśmy sobie zrobić mały piknik na zielonej trawce.
Przez ponad tydzień byliśmy razem…eh. Zdałem sobie jeszcze bardziej sprawę z tego, że z tym człowiekiem chcę mieszkać, chcę spędzić resztę życia.
I pomimo psikusów i dokuczania wiem, że widok uśmiechniętej rano Jego mordki nie pozwoli mi się dąsać zbyt długo.
Dziękuję…
sobota, 1 września 2007
Decyzja odłożona...
Na jakiś czas wstrzymuje się od zamknięcia bloga.
Kurcze, zżyłem się z nim, ale z drugiej strony mam wrażenie, że straciłem umiejętność pisania. Nie powiem, że lekkie oburzenie kilku osób, połechtało moje ego, hehe.
Ja: - wiesz, ale nie chcę pisać tylko dlatego, by coś się tam od czasu do czasu pojawiło, w stylu wstałem, poszedłem do kibla, zjadlem itd
Ja: - nie chciałbym zamykać bloga ostatecznie z jednej b.ważnej dla mnie przyczyny
R: - jakiej? pamiątkowej?
Ja: - pamiątkowej też, ale...
R: - ?
Ja: - żeby nie przestawać wierzyć w marzenia...nawet te, które wydają się nam najbardziej nierealne
Ja: - początkowo wierzyłem w prawdziwą miłość...potem wierzyłem w miłość między INNYMI ludźmi
R: - i...?
Ja: - w pewnym momencie przestałem wierzyc w swoją miłość
Ja: - blog jest dowodem na to, że moje marzenie, pomimo tego, że wydawało mi się nieosiągalne-jednak się spełniło...[...]
Chyba już odkryłem przeznaczenie tego bloga...
niedziela, 19 sierpnia 2007
niedziela, 29 lipca 2007
Cierpię
Na nadmiar wolnego czasu…
Śpię po 12 godzin dziennie, jem, piję, załatwiam potrzeby fizjologiczne i się snuję…Tak, snuję się. To zajęcie wypełnia mi większą część dnia, przerywaną od czasu do czasu dźwiękiem telefonu od misia.
Po prostu beznadzieja.
Miała być praca i była...na wyciągnięcie ręki. Niestety niekompetencja osób trzecich sprawiła, że mogłem dość szybko planować „wakacyjne bezrobocie”.
Obecnie już nie szukam niczego. Jest za późno. Za parę dni będzie sierpień, potem wrzesień, no i oczywiście poprawka.
Po za tym, przeszukuję strony internetowe, w poszukiwaniu jakiegoś taniego pokoju. Myślicie, że coś znalazłem? No comment…
Jednym słowem wariuje sam ze sobą. Kasy brak, mieszkania brak…nastrój powoli siada i tak ogólnie do d*...
Alienacja…………..30% zakończono.
niedziela, 1 lipca 2007
Co się ze mną dzieje?
Wróciłem w piątek na stałe do domu. Wieczorem troszkę gorzej się poczułem, więc postanowiłem się położyć. Po kilkunastu minutach dostałem dreszczy. Trzęsło mną na wszystkie strony...Wziałem termometr, patrzę: 38 stopni.
Połknąłem więc profilaktycznie silny lek obniżający gorączkę i próbowałem zasnąć.
Koło 1 w nocy obudziłem się. Czułem się trochę lepiej. Niestety okazało się, że to tylko moje błędne wrażenie. Termometr wskazał ponad 39 stopni, a próba wstania z łóżka skończyła się lądowaniem na podłodze.
Trzeba było jechać na pogotowie...Trafiłem na nieszczęście na lekarza gbura, który nie dość, że nie słuchał co do niego mówię, to zakończył badanie słowami: " Ja tu nic nie widzę, zobaczymy co będzie rano". Stanąłem jak wryty. Dał jednak zastrzyk w dupsko na obniżenie gorączki i odesłał do domu.
Rzeczywiście, po godzinie temperatura spadła o cały stopień, więc mogłem zasnąć.
Obudziłem się rano jak nowo narodzony. Temperatura: 36,6...ale nie jest tak pięknie, jakby się mogło zdawać.
Od soboty chodzę jakiś otępiały, boli mnie głowa, kręci mi się w głowie. Chyba jeszcze mój organizm z czymś walczy....
wtorek, 26 czerwca 2007
poniedziałek, 25 czerwca 2007
Wielkie powroty
Ok. Zaniedbałem bloga, zaniedbałem Was. Czas to wszystko naprawić.
Może po krótce opisze co u mnie...
W czerwcu wóciła moja mama z zagranicy. Im bliżej było jej przyjazdu, tym ja dostawałem większego stresu. Najpierw musiałem dokładnie posprzątać pokój, żeby moja mamusia nie narzekała na stan mieszkania. A tak na serio, sprzątanie polegało na usunięciu wszelakich śladów moich podróży do Wrocławia...
Póki co, chyba nic nie znalazła, bo w domu spokojnie i cicho. Żadnych pretensji ani głupich uwag...ciekawe na jak długo.
W czerwcu czekał mnie również poważny egzamin. Od niego zależało nie tylko to, czy wrócę na normalny tok studiów, ale też zdanie tego egzaminu oznaczało, że mogę ubiegać się o przenosiny na inną uczelnię. Niestety utknąłem w katowicach. Oblałem...
Bardziej dobił mnie jednak fakt tego, że o kolejny rok musimy z Robertem przesunąć plany wspólnego życia obok siebie.
Po za tym nie wiem, kiedy się znowu zobaczymy. Ja mam już wakacje, siedzę w akademiku i bąki zbijam, a Misiak się męczy podczas sesji.
Uznaliśmy, że na czas jego egzaminów, nie będę mu zawracał głowy swoimi odwiedzinami, bo oboje wiemy, że wtedy z nauki nic by nie wyszło...
W piątek muszę się wyprowadzić z akademika, a więc skończą się swobodne wypady. Znowu trzeba będzie w domu kłamać, że jadę na parę dni do "znajomych"...
piątek, 8 czerwca 2007
Żyję, żyję
Chyba tak długiej nieobecności na moim blogu jeszcze nie było. Najwyższy czas wrócić do pisania.
Ostatni miesiąc był dość pracowity. Maj upłynął mi na walczeniu o:
1. zaliczenia
2. chłód w pokoju (było prawie 30 stopni)
3. uśmierzenie bólu w klatce piersiowej
Na szczęście wszystko potoczyło się po mojej myśli.
Po za tym, mogę się już pochwalić, że od prawie miesiąca jestem szczęśliwym posiadaczem laptopa. Hehe… Gonię trochę postęp techniczny.
Zaczął się czerwiec…Przede mną ostatni, najcięższy egzamin złożony z 3 części. Nie mam kompletnie pomysłu, jak się do niego przygotować. Materiału jest tyle, że nie uda się przerobić wszystkiego, o nauczeniu nie wspominając. Mam jednak nadzieję, że uda mi się w końcu odnieść sukces i zaliczyć wszystko jeszcze w czerwcu, bo od lipca chciałbym zacząć pracować. Pytanie tylko gdzie…
sobota, 5 maja 2007
"Cross"
Tegoroczny weekend majowy spędziłem w górach, w Szklarskiej Porębie.
Pojechaliśmy tam z Robertem i dwójką naszych przyjaciół. Cały wyjazd stał pod duzym znakiem zapytania, gdyż na ostatnią chwilę musieliśmy szukać jakiegoś noclegu.
Na szczęście się udało, znaleźliśmy jeden jedyny pokój wolny w całej szklarskiej-40 zł/osobę.
Jechaliśmy w nowe miejsce z wieloma obawami. Jakie będą warunki, jacy ludzie, no i oczywiście, czy słoneczna pogoda utrzyma się do końca naszego urlopu.
Pierwsze wrażenie nie wywołało u nas optymizmu. Co prawda domek położony w małym lesie, ale na dzień dobry przywitał nas jakiś „prostak”. Nawet nie sprawdził czy to my wynajęliśmy pokój, no i nie wykazywał zbyt dużych chęci do uregulowania płatności z nami.
Chwilę później okazało się, że to jedyne negatywne strony.
Pokój, 4-osobowy, z własną łazienką. Kuchnia wspólna dla wszystkich, ale wyposażona w lodówki, sztućce, talerze, mikrofale itp. Nawet worki na śmieci i papier toaletowy był za darmo, hehe.
Oprócz tego, jedna z głównych atrakcji była sala kominkowa ze stołem bilardowym. Kominek nie działał, ale co tam. I tak trochę pograliśmy
Oczywiście, musieliśmy przejść się w górki. Robert zaplanował szlak. Kolejnymi przystankami miały być: wodospad Kamieńczyk, schronisko na hali Szrenickiej, Szrenica, Łabski Szczyt oraz schronisko pod szczytem.
Już na początku mieliśmy niemałe kłopoty bo…pomyliliśmy jeden ze szlaków z…granicą parku krajobrazowego, haha.
Tym sposobem przedzieraliśmy się stromym zboczem przez lasy i krzaki. W efekcie wylądowaliśmy w troszkę innym miejscu niż zaplanowaliśmy, ale na szczęście po pewnym czasie trafiliśmy na ustaloną trasę.
Część naszej grupy zatrzymała się w pierwszym schronisku, po czym postanowiła wrócić do pokoju.
Mnie Robert namówił do tego, by zrealizować cała trasę…
Uzbrojeni w czapki, rękawiczki, ruszyliśmy na szlak. Zdjęcia z tej wyprawy można oglądnąć w nowoutworzonej galerii.
Gdy dotarliśmy na Łabski Szczyt, Robert uklęknął przede mną i powiedział : „kocham Cię”.
Jakie to było słodkie!! I jakie kochane…
Po osiągnięciu tego etapu, skończyła się wędrówka w górę…zaczęliśmy schodzić. Wybraliśmy na koniec najłatwiejszy szlak. Ludzi jak na lekarstwo…więc mogliśmy się trzymać za łapki;)
Na szlaku spędziliśmy równe 8 godzin…do dnia dzisiejszego zastanawiam się, jakim cudem udało mi się przejść całą trasę…
Następny dzień prawie przespaliśmy, z małą przerwą na wypad do Harrachova, gdzie zjedliśmy obiad, a następnie chłopaki zjechały sobie torem saneczkowym.
Wyjazd jak najbardziej muszę zaliczyć do udanych. Oderwaliśmy się od wszelakich problemów, oddychaliśmy świeżym powietrzem, cieszyliśmy się ze wspólnie spędzanych chwil.
Wiem jedno, jeszcze kiedyś będę chciał wrócić w to miejsce…
niedziela, 29 kwietnia 2007
Miały być...
Miał być taras, las, grill, wódka z sokiem z czerwonych grejpfrutów...
Za to będą góry, las i prawdziwie "branżowy wyjazd"...
Ciekawe jak będzie??
sobota, 21 kwietnia 2007
Ostatnie dni
Są jakieś szare, bezpłciowe. Dzień zaczyna się i kończy bez jakiegokolwiek sensu…
Co z tego, że jest ładna pogoda, jak nawet nie mam ochoty wyjść na spacer. Nie mam z tego teraz radości.
Nie chce mi się gadać z ludźmi na poważne tematy. Zadowalam się prostymi gadkami o pierdołach, albo wręcz unikam kontaktu.
Przez co to wszystko się stało??
Przez to, że już dawno nie widziałem się z Robertem.
Czuję wewnętrzną pustkę, którą On zawsze zapełnia. Dodaje we mnie część, która sprawia, że częściej mogę się uśmiechać, że chce mi się rano wstać, że mogę czerpać radość ze słonecznego dnia.
Chcę już Go zobaczyć, ale dni mi się ostatnio cholernie dłużą…
Jeszcze tydzień, 7 dni, 168 godzin, 10080 minut, 604800 sekund…
piątek, 20 kwietnia 2007
Nawet w moich snach...
Byłem zmęczony po całym tygodniu. Położyłem się, aby troszkę się zdrzemnąć.
Obudziłem się zalany łzami i łomoczącym sercem….Śniło mi się…
Jakiś człowiek, zaraził mnie jakimś dziwnym zarazkiem. Konsekwencją tego, było branie udziału, w jakiś przedziwnych badaniach, które odbywały się w „laboratorium na kółkach”. Te badania przynosiły śmierć….
Gdy nadszedł dzień, przyjazdu ciężarówki, ludzie zarażeni stali na przystanku, przerażeni, smutni i zdeterminowani do tego, by nie dać sobie wkłuć żadnej igły, bo to oznaczałoby koniec.
Ja również stałem na tym przystanku, czekając na koniec.
Stałem z … telefonem przy uchu. Rozmawialiśmy, żegnaliśmy się…na zawsze…
Stałem…płakałem…mój świat się zawalił….wiedziałem, że już nie wrócę…do Ciebie
czwartek, 5 kwietnia 2007
Pożegnanie
Przez ostatnie dni, dobitnie zdałem sobie sprawę z tego, że moje życie złożone jest z pożegnań.
Ciągle ktoś mnie opuszcza. Czasem na krótko, czasem na długo, a czasem, tak jak jest w tym przypadku....nikt nie wie na jak długo.
Jeśli wydaje się Wam, że niezaliczenie semestru przecież nie jest tak wielką tragedią, to się grubo mylicie.
Moja najbliższa koleżanka na studiach, nie zdała jednego przedmiotu. Efektem tego jest brak zaliczenia roku oraz powrót do swojego kraju.
Ponado, w poniedziałek dowiedziałem się, że wraca do siebie i jeszcze w ten sam dzień, okazało się, że będziemy się musieli wieczorem pożegnać:/
Wiedzieliśmy, że te ostatnie godziny będą ciężkie, dlatego postanowiliśmy cały dzień spędzić razem.
Pojechaliśmy do Silesi, pochodziliśmy po galerii, czasem robiąc z siebie durnia, by na koniec wylądować tradycyjnie na jednym piwku.
Potem wróciliśmy do akademika i rozkręciliśmy małą imprezę pożegnalną....
Małą jak małą, ale efekty naszego pichcenia w kuchni po paru głębszych, czuć było na 4 innych piętrach, hahaha.
Pomimo upojenia alkoholem, pomimo tańczącej przed oczami podłogi, przyszedł moment na powiedzenie sobie " Do zobaczenia"-choć żadne z nas nie wie, czy się jeszcze zobaczymy.
Powiem Wam szczerze, że zaprzyjaźnienie się z kimś z zagranicy, przyniosło mi wiele nowych doświadczeń.
Nauczyłem się trochę nowego języka, poznałem kulturę i religię jej państwa, a także, to co najważniejsze, nauczyła mnie podchodzić do ludzi z uśmiechem oraz tego, że nie ważne co się dzieje naokoło, trzeba zacisnąć zęby i przeć na przód.
Eh, będzie mi brakować tych wspólnych spacerów, tych rozmów o życiu, ale też i pierdołach. Potrafiliśmy się wzajemnie bardzo wspierać, dlatego też wiele ciężkich chwil udało nam się wspólnie przetrwać.
A teraz...dołączy do tych wszystkich moich bliskich, których nie ma obok mnie...:(
sobota, 24 marca 2007
Zabierz mnie
Marzę o takim miejscu…tylko moim, w którym bylibyśmy tyko My.
Tam, gdzie nie trzeba długo jechać i długo planować.
Tam, gdzie czas zwalnia, gdzie jest ciepło i przytulnie.
Gdzieś, gdzie naszemu szczęściu nikt, ani nic nie zagrozi.
Gdzieś, gdzie każdy kąt, każdy przedmiot będzie miał swoją historię.
Historię związaną z nami.
Historię, którą będziemy już pisać wspólnie na zawsze.
Na zawsze tam.
Na zawsze razem.
niedziela, 11 marca 2007
Wiosna
Słońce, temperaturka rośnie...aż chce się żyć. Uwielbiam okres, gdy mija "zima" i nastają coraz cieplejsze dni:)
A dziś znów obudziły mnie promienie słońca, wpadające do mojego pokoju.
FULL POSITIVE!!
Już się bałem o siebie i swojego bloga. Przez prawie 2 tygodnie nie mogłem spłodzić żadnej notki. Szczerze powiem, że już myślałem, że znudziło mi się prowadzenie tego pamiętnika.
Jednak dziś znowu poczułem, że mogę pisać. Zacząłem sukcesywnie nadrabiać zaległości nie tylko na swoim, ale na blogach innych znajomych blogowiczów:) Jeszcze trochę zostało do zrobienia, ale w obliczu tego, że w końcu nasz akademik posiada stały dostęp do internetu, wydaje mi się to szybkim i łatwym zadaniem:)
Ostatnio wkurzają mnie komentarze w stylu: "Spodobał mi się Twój blog, wejdź na mój i zostaw komentarz". Na szczęście u mnie takie rzeczy się nie dzieją, może za bardzo przynudzam, haha??
Ale tak na serio, czy w prowadzeniu bloga chodzi o to, by mieć coraz większą liczbę przy komentarzach??
Nie powiem, miło mi jest, gdy pod jakąś notką pojawia się dopisek kogoś innego, bo daje mi to potwierdzenie, że w pewien sposób trafia do kogoś to, co piszę i że nie jestem sam w swoich przemyśleniach.
Komentarze, będące opozycją do tego, co napisałem, są też wskazane. Dają mi impuls do zastanowienia się, czy moje podejście do danej sprawy jest właściwe, a może należałoby coś w nim zmienić.
Więc powiem przewrotnie drodzy Koledzy i Koleżanki. Komentujecie ile wlezie:D
(oczywiście ostatnie zdanie jest napisane pół żartem, pół serio i jest wynikiem mojego nadzwyczaj dobrego humoru dzisiaj).
A tak na serio, dajcie po prostu czasem znak, że pojawiacie się tu od czasu do czasu.
Wszystkich Was pozdrawiam serdecznie!
środa, 7 marca 2007
Wyliczanka
Ok. Nie będę się rozpisywał, co się działo u mnie przez ostatnie 2 tygodnie, więc podam to wszystko w punktach. Tak będzie prościej i szybciej:
1. Mamy internet w akademiku ( o dziwo ma nawet niezłą prędkość)
2. We Wrocławiu bywam tylko jeden dzień :(
3. Wróciłem na studia, co się wiązało z uiszczeniem opłaty w wysokości....2700zł (spodziewałem się więcej)
4. Uczę się bardzo dużo, co w końcu przynosi efekty
5. Co raz gorzej układają mi się z rodzicami stosunki (ostatni telefon matki brzmiał: "Jesteś w akademiku, czy na wyjeździe?)
6. Czuje się przytłoczony punktem 5., a dokładniej jego żeńską częścią....
piątek, 16 lutego 2007
Walentynki 2007
Na początku tej notki, chciałbym przeprosić wszystkich znanych mi blogowiczów, za zaniedbanie w odwiedzinach ich internetowych pamiętników. Nie wiem czym to było spowodowane...Miałem dużo czasu wolnego, ale jakoś nie chciało mi się nawet pisać notek na moim blogu:/ Czyżby dopadła mnie niemoc twórcza??
Za mną Walentynki. Dość szczególne święto, nie tylko z tego powodu, że to dzień zakochanych, ale dlatego, że właśnie w tym dniu, obchodziłem wraz z Robertem naszą pierwszą rocznicę.
Boże, to już minęło 12 miesięcy. Nawet nie zauważyłem kiedy to zleciało:)
Oczywiście to nasze małe święto musieliśmy spędzić razem.
Robert przyjechał więc do Katowic. Właściwie można powiedzieć, że ostatnie 2 tyg spędziliśmy razem (no z małą przerwą na jego pójście do pracy). Czas upływał nam na wspólnym gotowaniu, odwiedzaniu znajomych, wypadach na miasto itd. Wszystko działo się powoli, bez pośpiechu.
Dzień zakochanych spędziliśmy w Silesi na małym spacerze po galerii, potem w Sphinx-ie, by zakończyć to wszystko w moim (chwilowo naszym) pokoju.
Dziś musiał wrócić do siebie. A ja zostałem sam w swoim pokoju, z dodatkowymi problemmami na uczelni. Na szczęście udało mi się dopiąć wszystko na ostatni guzik i od poniedziałku zaczynam nowy semestr. Ciekawe jaki będzie...
PS.
Miś pluszowy ma od środy do kogo się przytulić, a ja od dziś już swojego "przytulaka" nie mam i nie wiem kiedy następnym razem będzie mi dane poczuć jego ciepło...
piątek, 2 lutego 2007
Walizki
4 dni w Katowicach--->3 dni w domu--->4 dni Wrocław--->3 dni w domu--->4 dni w Katowicach...itd.
Jestem już zmęczony tymi podróżami. Ciągle przepakowuje torby, a to nie zapomnij o tym, a to o drugim. Aż w końcu wczoraj zapomniałem....portfela. Na szczęscie znalazłem nieużywany bilet autobusowy, więc obyło się bez podróży na gapę...
Po za tym, zaczęły się ferie...coraz bliżej powrotu na studia, eh. Sam nie wiem czy tego chcę.
Chciałem wykorzystać ten wolny czas i częściej widywać się z Robertem. Oczywiście i to nie wypaliło. Praca się wcięła w nasze plany. Mi jest przykro, bo nie mogę tupnąć nogą i powiedzieć, żeby olał pracę i przyjechał. I świadomość, że miałbym go widzieć kilkanaście godzin jest na tyle przytłaczająca, że jestem gotów poczekać dodatkowy tydzień i spędzić normalnie parę dni we dwoje.
Jestem skołowany, nie mam siły na ten temat myśleć, szukać rozwiązań...co mam zrobić??
środa, 24 stycznia 2007
Ciekawe kiedy?
I znów Wrocław...moje drugie kochane miasto już prawie od roku. Niestety trafiłem na pierwszy atak zimy...brr a nawet obuwia zimowego nie zabrałem ze sobą. Mam nauczkę!
W końcu mogę powiedzieć, że sprawiłem sobie nagrywarkę dvd. Prócz tego, zostałem obdarowany ładnym plecakiem od mojego skarbka...moja wartość wzrosła o ponad 200 zł, haha...
A z rzeczy poważnych.
Dziś usłyszałem:
"Ciekawe kiedy przyjdzie taki czas, że nie będę odliczał dni do Twojego wyjazdu".
Sam jestem tego ciekaw, może już niedługo...
czwartek, 18 stycznia 2007
Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia
" (...)
Mów zawsze, co czujesz i czyń, co myślisz.
Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę Cię śpiącego, objąłbym Cię mocno i modliłbym się do Pana, by pozwolił mi być Twoim Aniołem Stróżem. Gdybym wiedział, że są to ostatnie minuty, kiedy Cię widzę, powiedziałbym "KOCHAM CIĘ", a nie zakładałbym głupio, że przecież o tym wiesz. Zawsze jest jakieś jutro i życie daje nam możliwość zrobienia dobrego uczynku.
Ale jeśli się mylę, i dzisiaj jest wszystkim, co mi pozostaje, chciałbym Ci powiedzieć, jak bardzo Cię kocham i że nigdy Cię nie zapomnę.
Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło Ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie.
Bądź zawsze blisko tych, których kochasz. Mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz, i bądź dla nich dobry. Miej czas, aby im powiedzieć "jak ki przykro", "przepraszam", "proszę", "dziękuję" i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz. Nikt Cię nie będzie pamiętał za Twoje myśli sekretne.
(...) "
Gabriel Garcia Marquez
sobota, 13 stycznia 2007
Spóźnione podsumowanie
W końcu znalazłem czas i przede wszystkim chęć opisania bilansu zeszłego roku.
Zacznę od tych rzeczy dobrych. To tak, żeby nie było od razu pesymistycznie...
Najważniejszym wydarzeniem 2006 roku było poznanie Roberta, wyjazd do Wrocławia i stworzenie prawdziwego związku, opartego na zaufaniu i szczerości.
I w sumie co... To chyba było jedyne dobre wydarzenie, które na szczęście trwa nadal.
Do takich pomniejszych mógłbym zaliczyć, co ciekawe, moją praktykę w szpitalu, dzięki której w końcu przekonałem się, czy mój wysiłek na studiach nie idzie na marne.
Kolejnym takim pozytywnym akcentem był wyjazd do Gosi, poznanie jej i spędzenie naprawdę fajnych chwil w pokoju z czerwoną ścianą i na tarasie:).
I tu wydarzenia pozytywne się kończą. CZas teraz na te smutniejsze...
Najgorszą rzeczą jaką mi się przydarzyła było nie zaliczenie semestru i przymus pogodzenia się z jego płatną powtórką. Dość drogą powtórką dodam...Drugie miejsce na niechlubnej liście zajmie chyba moja mamuśka, która w sposób bezczelny weszła w moje życie prywatne. Coś nie coś dowiedziała się o Robercie i sukcesywnie wykorzystuje to przeciwko mnie teraz. Na miejscu trzecim lądują znajomości, które kiedyś, takie miłe i szczere, okazały się tylko straconym czasem. I po co ja o nie zabiegałem??
To tak w wielkim skrócie…Jest nowy rok, ciekaw jestem co przyniesie.
Końcem 2006 roku, naszła mnie pewna myśl…Kiedyś jasno sobie określiłem, co uczyni mnie w życiu szczęśliwym. Pierwszą z tych rzeczy było pokochanie kogoś, ze wzajemnością oczywiście. To już mam…w życiu prywatnym poukładało mi się.
Drugą z tych rzeczy było spełnienie w życiu zawodowym, czyli skończenie studiów i podjęcie pracy w wyuczonym zawodzie. To nadal pozostało niezrealizowane.
Do czego dążę…już Wam tłumaczę.
Zauważyłem pewną zależność na przestrzeni kilku ostatnich lat. W 2005 roku spełniły się moje marzenia-dostałem się na studia, a więc pierwszy krok do zawodu zrobiłem. Miotałem się jednak w życiu prywatnym. Szukałem miłości, zawiodłem się jednak na kilku osobach i przez nie cierpiałem.
Z kolei, w 2006 roku, spotkałem największą miłość mojego życia-Roberta. Niestety, sytuacja na studiach mi się pogorszyła dość znacznie.
Widzicie związek?? W ciągu tych dwóch lat życie prywatne walczyło z życiem zawodowym. Jak w jednym się układało, to w drugim się waliło…
Więc moje postanowienie na ten rok brzmi następująco:
„NOWY, 2007 ROK, PRZEZNACZAM NA POGODZENIE PRYWATNOŚCI Z ŻYCIEM ZAWODOWYM-OBIE Z TYCH RZECZY MUSZĄ SIĘ UDAĆ”
piątek, 5 stycznia 2007
Długa przerwa noworoczna
Oj, oj…ale przerwa. Mamy już od prawie tygodnia nowy rok, a tu nowej notki brak. Śpieszę więc to nadrobić.
Na dzień przed sylwestrem wyjechałem do Wrocławia. Postanowiłem zrobić Robertowi niespodziankę i wsiadłem we wcześniejszy pociąg. Tak na marginesie, chyba standard podróżowania naszymi kolejami państwowymi poprawia się, bo jechało mi się nadzwyczaj przyjemnie…
Na miejscu byłem dwie godziny wcześniej, dlatego też mogłem zobaczyć zdziwioną mordkę mojego Kochania, jak z niedowierzaniem otwiera drzwi swojego mieszkania, hehe.
Niestety, spędziliśmy ze sobą ledwo godzinę, bo zaraz musiał iść do pracy. Czas oczekiwania minął mi na drzemce, małych zakupach i sprzątaniu jego pokoju. W końcu, późno w nocy wrócił do mnie i od tej chwili mogliśmy być już razem.
Dodatkowo nie było nikogo po za nami w całym mieszkaniu, więc mogliśmy czuć się swobodnie.
Niedziela minęła pod hasłem przygotowań do sylwestra. Robert pojechał do pracy, a ja wyruszyłem na zakupy. Boże, ilu ludzi w tym hipermarketach!! Dwadzieścia minut spędziłem w samej kolejce na stoisku alkoholowym:/
Dwa sklepy, prawie cztery godziny i o ponad 120 złotych chudszy portfel-to bilans tej wyprawy. Gdy wróciłem, zacząłem przygotowywać kolację. Ale nie była ona zwykła, nie myślcie sobie. Pieczony filet z indyka, młode ziemniaczki, sos myśliwski i surówka z czerwonej kapusty. Mniam, na samą myśl cieknie mi ślinka…
Tak więc, Robert wrócił z pracy, zjedliśmy romantyczną kolację we dwoje, a potem…osuszaliśmy łazienkę, bo nam pralka wyrzuciła prawie cała wodę, haha. Noc sylwestrową spędziliśmy tylko we dwóch, patrząc na fajerwerki za oknem, a potem oglądając filmy.
Kolejne dni były równie sielskie.
We wtorek spotkaliśmy się z wspólnymi znajomymi. Najpierw kolacja, a potem wypad do H20. Było świetnie. Z Maćkiem śpiewaliśmy na karaoke Dodę, z Markiem podyskutowaliśmy, jak obronić się przed nachalnością innych facetów, no i oczywiście z Robertem wylewałem siódme poty na parkiecie. Do domu wróciliśmy po godzinie 3, nawet nie pamiętam jak trafiliśmy do łóżka i kiedy zasnęliśmy.
W środę wrócili współlokatorzy.
Niestety, nie byłoby to nawet takie straszne, gdyby nie jeden z nich dosłownie nie zaatakował słownie Roberta, że mieszkanie wygląda jak śmietnik.
Nie wyobrażacie sobie, jakie pierdoły potrafią ludziom przeszkadzać i w jaki sposób próbują postawić na swoim. Doszło do tego, że w cały konflikt wciągnięta została nawet właścicielka mieszkania. Eh, ponoć Oni są dorośli.
Nie czułem się więc już w tym mieszkaniu zbyt dobrze. Bałem się, że wśród tych zarzutów zostanie wyciągnięta sprawa moich dość częstych przyjazdów tam. Tak na szczęście się nie stało, ale na chwilę obecną ustaliliśmy z Robertem, że nie będziemy się spotykać u Niego.
We czwartek trzeba było opuścić Dolny Śląsk. Ciężko zniosłem to rozstanie, a dawno już tak źle nie było. Jeszcze mam przed oczami widok Roberta rysującego na szybie dla mnie serduszko…Cóż, nie mogłem się nie wzruszyć…Zdałem sobie sprawę dobitnie z tego, że tylko przy tym człowieku czuję się naprawdę dobrze, że świat wydaje się bardziej kolorowy. Znowu mogłem zasypiać i budzić się w ramionach ukochanej osoby i słyszeć jej zaspany głos tuż obok mojego ucha. Nie chciałbym nigdy tego stracić…
Ah, zapomniałbym się pochwalić. Dostałem prezent zbiorczy, na urodzinki i Nowy Rok w postaci książki Deana Koontz’a oraz uwaga…archiwum mp3 złożonego z 37 płyt!! Jakie to ciężkie było i ...jakie kochane.