niedziela, 11 listopada 2007
Tetrada "szczęśliwych" dni
Tak. Zdecydowanie musze przyznać, że wydarzenia z ostatnich dni, podziałały na mnie bardzo "pozytywnie".
Z nocy z czwartku na piątek obudziłem się z okropnym bólem lewej połowy twarzy. Myślałem, że pęknie mi szczęka oraz głowa, a lewe oko wyskoczy z oczodołu.
Wziąłem więc jedną tabletkę Naproxenu. Minęła godzina....nic. Wziąłem więc drugą. Mija kolejna godzina, a ja się zwijam z bólu. Dosłownie leżałem zwinięty w kłębek na łózku, zastanawiając się czy iść/nie iść na pogotowie. Koło 7 rano zwlekłem się, narzuciłem coś na pidżamę i wyszedłem do koleżanki po jakiś mocniejszy środek. Nie pamiętam jak dotarłem...Zabrałem od niej co trzeba i wróciłem do swojego mieszkania. Ból lekko się zmniejszył, postanowiłem więc spróbować zasnąć.
Przespałem 3 godziny...bólu już nie było. Trzeba się było więc zabrać za naukę, w poniedziałek czekały mnie 4 zaliczenia i to w dodatku, tylko z jednego przemiotu (sic!).
Nie będe lepiej mówił co wyszło z tej nauki...
Wieczorem ból powrócił. Na początku trochę mniejszy. Wziąłem więc tylko ćwiartkę tabletki, bo po ubiegłonocnych perypetiach, jeszcze mdliło mnie w żołądku.
Po jakiś 15 minutach znowu zwijałem się z bólu...W ruch poszedł więc ketonal. Bałem się zasnąć...na prawdę! Jakoś jednak się udało...
Sobota, była dniem powolnego odsypiania dwóch ostatnich dni. Ale żeby nie było mi za dobrze, dopadło mnie przeziębienie...lekkie bo lekkie, ale rozłożyło mnie psychicznie. Z nauki wyszło wielkie NIC.
Dziś jest niedziela. Coś tam mi się udało poczytać, coś nauczyć, ale i tak to nie wystarczy, żeby zdać.
Eh...jutro porażka na całej linii będzie.
Moja mobilizacja dzisiejsza wyglądała tak, że potrafiłem się w żyrandol gapić bezmyślnie przez ponad godzinę...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz