sobota, 5 maja 2007

"Cross"


Tegoroczny weekend majowy spędziłem w górach, w Szklarskiej Porębie.
Pojechaliśmy tam z Robertem i dwójką naszych przyjaciół. Cały wyjazd stał pod duzym znakiem zapytania, gdyż na ostatnią chwilę musieliśmy szukać jakiegoś noclegu.
Na szczęście się udało, znaleźliśmy jeden jedyny pokój wolny w całej szklarskiej-40 zł/osobę.
Jechaliśmy w nowe miejsce z wieloma obawami. Jakie będą warunki, jacy ludzie, no i oczywiście, czy słoneczna pogoda utrzyma się do końca naszego urlopu.
Pierwsze wrażenie nie wywołało u nas optymizmu. Co prawda domek położony w małym lesie, ale na dzień dobry przywitał nas jakiś „prostak”. Nawet nie sprawdził czy to my wynajęliśmy pokój, no i nie wykazywał zbyt dużych chęci do uregulowania płatności z nami.
Chwilę później okazało się, że to jedyne negatywne strony.
Pokój, 4-osobowy, z własną łazienką. Kuchnia wspólna dla wszystkich, ale wyposażona w lodówki, sztućce, talerze, mikrofale itp. Nawet worki na śmieci i papier toaletowy był za darmo, hehe.
Oprócz tego, jedna z głównych atrakcji była sala kominkowa ze stołem bilardowym. Kominek nie działał, ale co tam. I tak trochę pograliśmy 
Oczywiście, musieliśmy przejść się w górki. Robert zaplanował szlak. Kolejnymi przystankami miały być: wodospad Kamieńczyk, schronisko na hali Szrenickiej, Szrenica, Łabski Szczyt oraz schronisko pod szczytem.
Już na początku mieliśmy niemałe kłopoty bo…pomyliliśmy jeden ze szlaków z…granicą parku krajobrazowego, haha.
Tym sposobem przedzieraliśmy się stromym zboczem przez lasy i krzaki. W efekcie wylądowaliśmy w troszkę innym miejscu niż zaplanowaliśmy, ale na szczęście po pewnym czasie trafiliśmy na ustaloną trasę.
Część naszej grupy zatrzymała się w pierwszym schronisku, po czym postanowiła wrócić do pokoju.
Mnie Robert namówił do tego, by zrealizować cała trasę…
Uzbrojeni w czapki, rękawiczki, ruszyliśmy na szlak. Zdjęcia z tej wyprawy można oglądnąć w nowoutworzonej galerii.
Gdy dotarliśmy na Łabski Szczyt, Robert uklęknął przede mną i powiedział : „kocham Cię”.
Jakie to było słodkie!! I jakie kochane…
Po osiągnięciu tego etapu, skończyła się wędrówka w górę…zaczęliśmy schodzić. Wybraliśmy na koniec najłatwiejszy szlak. Ludzi jak na lekarstwo…więc mogliśmy się trzymać za łapki;)
Na szlaku spędziliśmy równe 8 godzin…do dnia dzisiejszego zastanawiam się, jakim cudem udało mi się przejść całą trasę…

Następny dzień prawie przespaliśmy, z małą przerwą na wypad do Harrachova, gdzie zjedliśmy obiad, a następnie chłopaki zjechały sobie torem saneczkowym.

Wyjazd jak najbardziej muszę zaliczyć do udanych. Oderwaliśmy się od wszelakich problemów, oddychaliśmy świeżym powietrzem, cieszyliśmy się ze wspólnie spędzanych chwil.
Wiem jedno, jeszcze kiedyś będę chciał wrócić w to miejsce…