28lat i 6. rocznica.
Jak ten czas leci...
A jeszcze pamiętam, jak dokładnie 6 lat temu, siedziałem sam w pokoju, zastanawiając się nad swoim losem. Czy w końcu będę szczęśliwy? Czy w końcu życie mi się ułoży.
I co?
"Nieznajomy przesyła wiadomość" - moje szczęście pojawiło się wtedy na gg, pisząc parę pozornie prostych słów.
I od tych paru słów zaczęło się wszystko i trwa po dziś dzień.
Minęło 6 lat, kocham jeszcze mocniej, nie chcę zmian!
A dziś? Z okazji urodzin zostałem zaproszony na obiad. Miało być kino, no ale...spoźniliśmy się na seans. Będzie innym razem.
I prawda jest taka, nie potrzeba wielkich imprez, hucznego świetowania.
Wystarczy, że obok jest ta najbliższa osoba, która powie "dobrze, że Cię mam". Serce rośnie :)
czwartek, 29 grudnia 2011
sobota, 3 grudnia 2011
Garść przemyśleń vs. paradoksy uczelniane część 1.
Zostały mi 3 tygodnie zajęć. Oprócz wolnych bloków, rzecz jasna.
A potem najcudowniejsza (w przenośni) sesja...Ginekologia i pediatria...
Oczywiście oba z egzaminem praktycznym i teoretycznym. Tylko czemu na mojej uczelni, egzamin, który powinien sprawdzać umiejętności praktyczne, sprawdza jedynie ile zdążyliśmy się nauczyć(albo wykuć jak kto woli)?
Jak sięgam pamięcią wstecz, to chyba jedynym przedmiotem, w którym egzamin praktyczny rzeczywiście takim był, była interna.
Każdy z nas dostał po 1 pacjencie, godzina czasu i radź sobie człowieku sam. Zbierz wywiad, poskładaj go w jakąś logiczną całość, zbadaj.
Potem zreferuj egzaminatorowi, co rozpoznasz, jak zdiagnozujesz, jak będziesz leczyć. Takie podejście zmusza do myślenia, a nie bezsensownego klepania regułek z pamięci.
Niestety, muszę przyznać, że te studia oduczyły mnie myślenia. Z resztą po co uczyć się na zrozumienie, jak dla większości asystentów liczy się jedynie recytowanie definicji, wytycznych i pierdyliarda objawów w takiej kolejności, jak jest w książce.
I to mnie najbardziej przeraża. Niedługo koniec, a później zderzę się z twardą rzeczywistością, że niestety, ale ja nic nie umiem....:(
Walcze z lenistwem, walcze z niechęcią do uczenia się medycyny...Jak będzie, czy będzie - czas pokaże.
A potem najcudowniejsza (w przenośni) sesja...Ginekologia i pediatria...
Oczywiście oba z egzaminem praktycznym i teoretycznym. Tylko czemu na mojej uczelni, egzamin, który powinien sprawdzać umiejętności praktyczne, sprawdza jedynie ile zdążyliśmy się nauczyć(albo wykuć jak kto woli)?
Jak sięgam pamięcią wstecz, to chyba jedynym przedmiotem, w którym egzamin praktyczny rzeczywiście takim był, była interna.
Każdy z nas dostał po 1 pacjencie, godzina czasu i radź sobie człowieku sam. Zbierz wywiad, poskładaj go w jakąś logiczną całość, zbadaj.
Potem zreferuj egzaminatorowi, co rozpoznasz, jak zdiagnozujesz, jak będziesz leczyć. Takie podejście zmusza do myślenia, a nie bezsensownego klepania regułek z pamięci.
Niestety, muszę przyznać, że te studia oduczyły mnie myślenia. Z resztą po co uczyć się na zrozumienie, jak dla większości asystentów liczy się jedynie recytowanie definicji, wytycznych i pierdyliarda objawów w takiej kolejności, jak jest w książce.
I to mnie najbardziej przeraża. Niedługo koniec, a później zderzę się z twardą rzeczywistością, że niestety, ale ja nic nie umiem....:(
Walcze z lenistwem, walcze z niechęcią do uczenia się medycyny...Jak będzie, czy będzie - czas pokaże.
sobota, 5 listopada 2011
Magia
Wszystko się poodwracało do góry nogami.
Przez ponad 2 lata walczę ze swoją wagą. Rezultaty nie są wielce zachwycające, bo udało mi się pozbyć ok 7 kg. Drugie tyle przede mną jeszcze...
Najtrudniejszą z rzeczy jest walka z głodem i przyzwyczajeniami żywieniowymi.
Bardziej zwracam uwagę na to co jem, aby nie były to puste kalorie, ale pełnowartościowe produkty.
Ale dość często głód wygrywał i sięgałem po więcej...
Wygrywał, bo już go nie ma.
Stała się rzecz niesłychana.
Nie odczuwam głodu.
Powinienem się cieszyć, a w rzeczywistości jestem przerażony.
Bo czy normalne jest to, że potrafię nie jeść przez prawie 24h i nawet mi żołądek o sobie nie da znać?
Do tego dziwne bóle w podbrzuszu, uczucie guza....
Wizyta u lekarza będzie niezbędna. Boję się.
Przez ponad 2 lata walczę ze swoją wagą. Rezultaty nie są wielce zachwycające, bo udało mi się pozbyć ok 7 kg. Drugie tyle przede mną jeszcze...
Najtrudniejszą z rzeczy jest walka z głodem i przyzwyczajeniami żywieniowymi.
Bardziej zwracam uwagę na to co jem, aby nie były to puste kalorie, ale pełnowartościowe produkty.
Ale dość często głód wygrywał i sięgałem po więcej...
Wygrywał, bo już go nie ma.
Stała się rzecz niesłychana.
Nie odczuwam głodu.
Powinienem się cieszyć, a w rzeczywistości jestem przerażony.
Bo czy normalne jest to, że potrafię nie jeść przez prawie 24h i nawet mi żołądek o sobie nie da znać?
Do tego dziwne bóle w podbrzuszu, uczucie guza....
Wizyta u lekarza będzie niezbędna. Boję się.
poniedziałek, 31 października 2011
Miesiąc za nami, jeszcze osiem przed.
Pierwszy, z ostatnich 9 miesięcy na tej uczelni minął.
Jakieś podsumowanie? TAK - przeraźliwa nuda.
Wychodze koło 8, wracam o 13-14 i co? Jestem tak zmęczony, że muszę odespać.
Mało tego, po drzemce nie jestem w stanie nic konstruktywnego zrobić. Nie wiem, czy to wina pogody, tak bezsensownych zajęć, czy może mojego lenistwa. A może wszystkiego po trochu?
Za każdym razem wychodzę z podziwu, bo jak wytłumaczyć, że osobie będącej na VI roku, zainteresowanej psychiatrią serwują zajęcia z psychologiem?
Nic do niego nie mam, ale raczej w przyszłej pracy nie przydadzą mi się wiadomości na temat muzykoterapii, malarstwa czy testów na inteligencje. A pan mgr był akurat tymi tematami tak żywo poruszony, że aż postanowił do nas co chwilę przychodzić i gadać i gadać i gadać....
I wniosek jest z tego jeden, że nawet nie wiem, jak leczyć nagłą psychozę....
Jakieś podsumowanie? TAK - przeraźliwa nuda.
Wychodze koło 8, wracam o 13-14 i co? Jestem tak zmęczony, że muszę odespać.
Mało tego, po drzemce nie jestem w stanie nic konstruktywnego zrobić. Nie wiem, czy to wina pogody, tak bezsensownych zajęć, czy może mojego lenistwa. A może wszystkiego po trochu?
Za każdym razem wychodzę z podziwu, bo jak wytłumaczyć, że osobie będącej na VI roku, zainteresowanej psychiatrią serwują zajęcia z psychologiem?
Nic do niego nie mam, ale raczej w przyszłej pracy nie przydadzą mi się wiadomości na temat muzykoterapii, malarstwa czy testów na inteligencje. A pan mgr był akurat tymi tematami tak żywo poruszony, że aż postanowił do nas co chwilę przychodzić i gadać i gadać i gadać....
I wniosek jest z tego jeden, że nawet nie wiem, jak leczyć nagłą psychozę....
wtorek, 4 października 2011
Nie pamięta wół jak cielęciem był!
Nigdy nie darzyłem szczególną sympatią chirurgów.
Za to, że mają spaczone poczucie humoru, bardziej niż inni specjaliści medycyny.
Za to, że człowieka leżącego na ich stole operacyjnym, w pełnym znieczuleniu, traktują jak kupę mięsa do pokrojenia.
I za to, że wyżej wymieniony pacjent, nierzadko nieświadomy, jest obiektem głupkowatych żartów i komentarzy.
Nie uogólniam. Zdarzają się chirurdzy na prawdę oddani swojemu fachowi i przede wszystkim zachowujący chociaż trochę człowieczeństwa. Ale to raczej rzadkość...
Dziś miałem do czynienia z typowym obrazem nożownika.
Facet, z wywindowanym ego, który uważa, że jego zdanie jest tym jedynym właściwym.
I ja doskonale zdaje sobie sprawę z ułomności studiów medycznych. Człowiek kończy 6 lat i tak na prawdę nie umie nic zrobić, nie wie jak się zachować itp.
Ale do cholery jasnej. Nie można od nas wymagać czytania w czyichś myślach!
Bo skąd mam wiedzieć, z której strony pan doktor chce, abym stanął, albo że jego słowa "może pan już iść" nie można odbierać dosłownie i mam stać na sali nadal - mimo, że nie jestem tam wogóle potrzebny?
I gdzie zwykłe dziękuję? Ja podziękowałem za to, że mogłem coś z bliska zobaczyć. Niestety, nie zostało to opatrzone nawet najmniejszych komentarzem, ba...przyjęte to zostało z grobową miną, jakbym kogoś tam zabił.
A przecież nie należy do moich obowiązków nadskakiwanie jakiemuś doktorkowi, a już na pewno nie wysłuchiwanie komentarzy, jak to studenci nie nadają się nawet do przepisania historii choroby....
Jutro ostatni dzień tego badziewia...oby minął mniej problemowo!
Za to, że mają spaczone poczucie humoru, bardziej niż inni specjaliści medycyny.
Za to, że człowieka leżącego na ich stole operacyjnym, w pełnym znieczuleniu, traktują jak kupę mięsa do pokrojenia.
I za to, że wyżej wymieniony pacjent, nierzadko nieświadomy, jest obiektem głupkowatych żartów i komentarzy.
Nie uogólniam. Zdarzają się chirurdzy na prawdę oddani swojemu fachowi i przede wszystkim zachowujący chociaż trochę człowieczeństwa. Ale to raczej rzadkość...
Dziś miałem do czynienia z typowym obrazem nożownika.
Facet, z wywindowanym ego, który uważa, że jego zdanie jest tym jedynym właściwym.
I ja doskonale zdaje sobie sprawę z ułomności studiów medycznych. Człowiek kończy 6 lat i tak na prawdę nie umie nic zrobić, nie wie jak się zachować itp.
Ale do cholery jasnej. Nie można od nas wymagać czytania w czyichś myślach!
Bo skąd mam wiedzieć, z której strony pan doktor chce, abym stanął, albo że jego słowa "może pan już iść" nie można odbierać dosłownie i mam stać na sali nadal - mimo, że nie jestem tam wogóle potrzebny?
I gdzie zwykłe dziękuję? Ja podziękowałem za to, że mogłem coś z bliska zobaczyć. Niestety, nie zostało to opatrzone nawet najmniejszych komentarzem, ba...przyjęte to zostało z grobową miną, jakbym kogoś tam zabił.
A przecież nie należy do moich obowiązków nadskakiwanie jakiemuś doktorkowi, a już na pewno nie wysłuchiwanie komentarzy, jak to studenci nie nadają się nawet do przepisania historii choroby....
Jutro ostatni dzień tego badziewia...oby minął mniej problemowo!
poniedziałek, 19 września 2011
Zmiany, zmiany
Wygląd zupełnie pamiętnika się zmienia.
Teraz próbuje to jakoś ogarnąć, opanować, aby było bardziej czytelnie.
Mam nadzieję, że mi się to uda !
Teraz próbuje to jakoś ogarnąć, opanować, aby było bardziej czytelnie.
Mam nadzieję, że mi się to uda !
piątek, 12 sierpnia 2011
To nie tak miało wyglądać
Wakacje miały inaczej wyglądać.
Mieliśmy się cieszyć, śmiać, po raz pierwszy od długiego czasu odetchnąć pełną piersią...
Jest inaczej.
Ja patrzę na telefon i mam nadzieję, że nie ujrzę na ekranie komunikatu "nieodebrane połączenie".
Mąż z kolei patrzy na telefon i zastanawia się, kiedy u licha ktoś zadzwoni.
Chciałoby się coś zrobić, a z drugiej strony pytanie co?
I tak okres letni (?) mija. Przeminie i co po nim pozostanie?
Niesmak?
Oby nie
Mieliśmy się cieszyć, śmiać, po raz pierwszy od długiego czasu odetchnąć pełną piersią...
Jest inaczej.
Ja patrzę na telefon i mam nadzieję, że nie ujrzę na ekranie komunikatu "nieodebrane połączenie".
Mąż z kolei patrzy na telefon i zastanawia się, kiedy u licha ktoś zadzwoni.
Chciałoby się coś zrobić, a z drugiej strony pytanie co?
I tak okres letni (?) mija. Przeminie i co po nim pozostanie?
Niesmak?
Oby nie
czwartek, 9 czerwca 2011
Ile to już dni....
Wow.
Czas mija strasznie szybko....Kilka miesięcy mnie tu nie było.
Prawie zapomniałem o tym miejscu.
Ale na szczęście jeszcze hasło do bloga pamiętam...uff.
Za rok...Za 12 miesięcy przyjdzie ten czas, kiedy trzeba będzie ostatecznie wejść w dorosłość.
I pomimo tego, że prawie 28 lat na karku, dopiero będę w pełni odpowiadał za siebie. Mało tego - nie dość, że za siebie, to jeszcze za innych...
Na samą myśl, że już tak niedługo ktoś powierzy mi swoje zdrowie, wpędza mnie w lekką panikę. Że ja mam decydować za kogoś? O nie...nie jestem w ogóle do tego przygotowany.
No i paradoks taki, że 6 lat życia w kołchozie (inaczej nie mogę nazwać swojej uczelni) nie przygotowało mnie do tego zawodu ZUPEŁNIE. Co z tego, że będzie tytuł przed nazwiskiem, PWZ, pieczątka....to wszystko się nie liczy, gdy przyjdzie do mnie żywy człowiek i zapyta CO DALEJ? I to ode mnie będzie zależeć...właśnie, co dalej....
Patrząc na wiele osób ze swojego otoczenia dziwi mnie ich pewność siebie. Czy już wiedzą na tyle dużo, by pójść i pod swoją decyzją podbić się i brać pełną odpowiedzialność za swoje kroki? Wątpię....
Nie lubię tego zadufania, zbyt wielkiej pewności siebie, syndromu Boga....
Ja się nie wstydzę przyznać, że się po prostu boję, że wiem za mało...A inni... cóż...nawet nie potrafią przyznać się do błędu!
Dziś od ważnej osoby usłyszałem, że mam charyzmę, że będzie ze mnie dobry pracownik służby zdrowia...Miło to słyszeć, chociaż w głowie zupełnie inny obraz swojej osoby mi się kształtuje....
Czas mija strasznie szybko....Kilka miesięcy mnie tu nie było.
Prawie zapomniałem o tym miejscu.
Ale na szczęście jeszcze hasło do bloga pamiętam...uff.
Za rok...Za 12 miesięcy przyjdzie ten czas, kiedy trzeba będzie ostatecznie wejść w dorosłość.
I pomimo tego, że prawie 28 lat na karku, dopiero będę w pełni odpowiadał za siebie. Mało tego - nie dość, że za siebie, to jeszcze za innych...
Na samą myśl, że już tak niedługo ktoś powierzy mi swoje zdrowie, wpędza mnie w lekką panikę. Że ja mam decydować za kogoś? O nie...nie jestem w ogóle do tego przygotowany.
No i paradoks taki, że 6 lat życia w kołchozie (inaczej nie mogę nazwać swojej uczelni) nie przygotowało mnie do tego zawodu ZUPEŁNIE. Co z tego, że będzie tytuł przed nazwiskiem, PWZ, pieczątka....to wszystko się nie liczy, gdy przyjdzie do mnie żywy człowiek i zapyta CO DALEJ? I to ode mnie będzie zależeć...właśnie, co dalej....
Patrząc na wiele osób ze swojego otoczenia dziwi mnie ich pewność siebie. Czy już wiedzą na tyle dużo, by pójść i pod swoją decyzją podbić się i brać pełną odpowiedzialność za swoje kroki? Wątpię....
Nie lubię tego zadufania, zbyt wielkiej pewności siebie, syndromu Boga....
Ja się nie wstydzę przyznać, że się po prostu boję, że wiem za mało...A inni... cóż...nawet nie potrafią przyznać się do błędu!
Dziś od ważnej osoby usłyszałem, że mam charyzmę, że będzie ze mnie dobry pracownik służby zdrowia...Miło to słyszeć, chociaż w głowie zupełnie inny obraz swojej osoby mi się kształtuje....