środa, 24 stycznia 2007
Ciekawe kiedy?
I znów Wrocław...moje drugie kochane miasto już prawie od roku. Niestety trafiłem na pierwszy atak zimy...brr a nawet obuwia zimowego nie zabrałem ze sobą. Mam nauczkę!
W końcu mogę powiedzieć, że sprawiłem sobie nagrywarkę dvd. Prócz tego, zostałem obdarowany ładnym plecakiem od mojego skarbka...moja wartość wzrosła o ponad 200 zł, haha...
A z rzeczy poważnych.
Dziś usłyszałem:
"Ciekawe kiedy przyjdzie taki czas, że nie będę odliczał dni do Twojego wyjazdu".
Sam jestem tego ciekaw, może już niedługo...
czwartek, 18 stycznia 2007
Gdyby Bóg podarował mi odrobinę życia
" (...)
Mów zawsze, co czujesz i czyń, co myślisz.
Gdybym wiedział, że dzisiaj po raz ostatni zobaczę Cię śpiącego, objąłbym Cię mocno i modliłbym się do Pana, by pozwolił mi być Twoim Aniołem Stróżem. Gdybym wiedział, że są to ostatnie minuty, kiedy Cię widzę, powiedziałbym "KOCHAM CIĘ", a nie zakładałbym głupio, że przecież o tym wiesz. Zawsze jest jakieś jutro i życie daje nam możliwość zrobienia dobrego uczynku.
Ale jeśli się mylę, i dzisiaj jest wszystkim, co mi pozostaje, chciałbym Ci powiedzieć, jak bardzo Cię kocham i że nigdy Cię nie zapomnę.
Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło Ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie.
Bądź zawsze blisko tych, których kochasz. Mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz, i bądź dla nich dobry. Miej czas, aby im powiedzieć "jak ki przykro", "przepraszam", "proszę", "dziękuję" i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz. Nikt Cię nie będzie pamiętał za Twoje myśli sekretne.
(...) "
Gabriel Garcia Marquez
sobota, 13 stycznia 2007
Spóźnione podsumowanie
W końcu znalazłem czas i przede wszystkim chęć opisania bilansu zeszłego roku.
Zacznę od tych rzeczy dobrych. To tak, żeby nie było od razu pesymistycznie...
Najważniejszym wydarzeniem 2006 roku było poznanie Roberta, wyjazd do Wrocławia i stworzenie prawdziwego związku, opartego na zaufaniu i szczerości.
I w sumie co... To chyba było jedyne dobre wydarzenie, które na szczęście trwa nadal.
Do takich pomniejszych mógłbym zaliczyć, co ciekawe, moją praktykę w szpitalu, dzięki której w końcu przekonałem się, czy mój wysiłek na studiach nie idzie na marne.
Kolejnym takim pozytywnym akcentem był wyjazd do Gosi, poznanie jej i spędzenie naprawdę fajnych chwil w pokoju z czerwoną ścianą i na tarasie:).
I tu wydarzenia pozytywne się kończą. CZas teraz na te smutniejsze...
Najgorszą rzeczą jaką mi się przydarzyła było nie zaliczenie semestru i przymus pogodzenia się z jego płatną powtórką. Dość drogą powtórką dodam...Drugie miejsce na niechlubnej liście zajmie chyba moja mamuśka, która w sposób bezczelny weszła w moje życie prywatne. Coś nie coś dowiedziała się o Robercie i sukcesywnie wykorzystuje to przeciwko mnie teraz. Na miejscu trzecim lądują znajomości, które kiedyś, takie miłe i szczere, okazały się tylko straconym czasem. I po co ja o nie zabiegałem??
To tak w wielkim skrócie…Jest nowy rok, ciekaw jestem co przyniesie.
Końcem 2006 roku, naszła mnie pewna myśl…Kiedyś jasno sobie określiłem, co uczyni mnie w życiu szczęśliwym. Pierwszą z tych rzeczy było pokochanie kogoś, ze wzajemnością oczywiście. To już mam…w życiu prywatnym poukładało mi się.
Drugą z tych rzeczy było spełnienie w życiu zawodowym, czyli skończenie studiów i podjęcie pracy w wyuczonym zawodzie. To nadal pozostało niezrealizowane.
Do czego dążę…już Wam tłumaczę.
Zauważyłem pewną zależność na przestrzeni kilku ostatnich lat. W 2005 roku spełniły się moje marzenia-dostałem się na studia, a więc pierwszy krok do zawodu zrobiłem. Miotałem się jednak w życiu prywatnym. Szukałem miłości, zawiodłem się jednak na kilku osobach i przez nie cierpiałem.
Z kolei, w 2006 roku, spotkałem największą miłość mojego życia-Roberta. Niestety, sytuacja na studiach mi się pogorszyła dość znacznie.
Widzicie związek?? W ciągu tych dwóch lat życie prywatne walczyło z życiem zawodowym. Jak w jednym się układało, to w drugim się waliło…
Więc moje postanowienie na ten rok brzmi następująco:
„NOWY, 2007 ROK, PRZEZNACZAM NA POGODZENIE PRYWATNOŚCI Z ŻYCIEM ZAWODOWYM-OBIE Z TYCH RZECZY MUSZĄ SIĘ UDAĆ”
piątek, 5 stycznia 2007
Długa przerwa noworoczna
Oj, oj…ale przerwa. Mamy już od prawie tygodnia nowy rok, a tu nowej notki brak. Śpieszę więc to nadrobić.
Na dzień przed sylwestrem wyjechałem do Wrocławia. Postanowiłem zrobić Robertowi niespodziankę i wsiadłem we wcześniejszy pociąg. Tak na marginesie, chyba standard podróżowania naszymi kolejami państwowymi poprawia się, bo jechało mi się nadzwyczaj przyjemnie…
Na miejscu byłem dwie godziny wcześniej, dlatego też mogłem zobaczyć zdziwioną mordkę mojego Kochania, jak z niedowierzaniem otwiera drzwi swojego mieszkania, hehe.
Niestety, spędziliśmy ze sobą ledwo godzinę, bo zaraz musiał iść do pracy. Czas oczekiwania minął mi na drzemce, małych zakupach i sprzątaniu jego pokoju. W końcu, późno w nocy wrócił do mnie i od tej chwili mogliśmy być już razem.
Dodatkowo nie było nikogo po za nami w całym mieszkaniu, więc mogliśmy czuć się swobodnie.
Niedziela minęła pod hasłem przygotowań do sylwestra. Robert pojechał do pracy, a ja wyruszyłem na zakupy. Boże, ilu ludzi w tym hipermarketach!! Dwadzieścia minut spędziłem w samej kolejce na stoisku alkoholowym:/
Dwa sklepy, prawie cztery godziny i o ponad 120 złotych chudszy portfel-to bilans tej wyprawy. Gdy wróciłem, zacząłem przygotowywać kolację. Ale nie była ona zwykła, nie myślcie sobie. Pieczony filet z indyka, młode ziemniaczki, sos myśliwski i surówka z czerwonej kapusty. Mniam, na samą myśl cieknie mi ślinka…
Tak więc, Robert wrócił z pracy, zjedliśmy romantyczną kolację we dwoje, a potem…osuszaliśmy łazienkę, bo nam pralka wyrzuciła prawie cała wodę, haha. Noc sylwestrową spędziliśmy tylko we dwóch, patrząc na fajerwerki za oknem, a potem oglądając filmy.
Kolejne dni były równie sielskie.
We wtorek spotkaliśmy się z wspólnymi znajomymi. Najpierw kolacja, a potem wypad do H20. Było świetnie. Z Maćkiem śpiewaliśmy na karaoke Dodę, z Markiem podyskutowaliśmy, jak obronić się przed nachalnością innych facetów, no i oczywiście z Robertem wylewałem siódme poty na parkiecie. Do domu wróciliśmy po godzinie 3, nawet nie pamiętam jak trafiliśmy do łóżka i kiedy zasnęliśmy.
W środę wrócili współlokatorzy.
Niestety, nie byłoby to nawet takie straszne, gdyby nie jeden z nich dosłownie nie zaatakował słownie Roberta, że mieszkanie wygląda jak śmietnik.
Nie wyobrażacie sobie, jakie pierdoły potrafią ludziom przeszkadzać i w jaki sposób próbują postawić na swoim. Doszło do tego, że w cały konflikt wciągnięta została nawet właścicielka mieszkania. Eh, ponoć Oni są dorośli.
Nie czułem się więc już w tym mieszkaniu zbyt dobrze. Bałem się, że wśród tych zarzutów zostanie wyciągnięta sprawa moich dość częstych przyjazdów tam. Tak na szczęście się nie stało, ale na chwilę obecną ustaliliśmy z Robertem, że nie będziemy się spotykać u Niego.
We czwartek trzeba było opuścić Dolny Śląsk. Ciężko zniosłem to rozstanie, a dawno już tak źle nie było. Jeszcze mam przed oczami widok Roberta rysującego na szybie dla mnie serduszko…Cóż, nie mogłem się nie wzruszyć…Zdałem sobie sprawę dobitnie z tego, że tylko przy tym człowieku czuję się naprawdę dobrze, że świat wydaje się bardziej kolorowy. Znowu mogłem zasypiać i budzić się w ramionach ukochanej osoby i słyszeć jej zaspany głos tuż obok mojego ucha. Nie chciałbym nigdy tego stracić…
Ah, zapomniałbym się pochwalić. Dostałem prezent zbiorczy, na urodzinki i Nowy Rok w postaci książki Deana Koontz’a oraz uwaga…archiwum mp3 złożonego z 37 płyt!! Jakie to ciężkie było i ...jakie kochane.