piątek, 5 stycznia 2007
Długa przerwa noworoczna
Oj, oj…ale przerwa. Mamy już od prawie tygodnia nowy rok, a tu nowej notki brak. Śpieszę więc to nadrobić.
Na dzień przed sylwestrem wyjechałem do Wrocławia. Postanowiłem zrobić Robertowi niespodziankę i wsiadłem we wcześniejszy pociąg. Tak na marginesie, chyba standard podróżowania naszymi kolejami państwowymi poprawia się, bo jechało mi się nadzwyczaj przyjemnie…
Na miejscu byłem dwie godziny wcześniej, dlatego też mogłem zobaczyć zdziwioną mordkę mojego Kochania, jak z niedowierzaniem otwiera drzwi swojego mieszkania, hehe.
Niestety, spędziliśmy ze sobą ledwo godzinę, bo zaraz musiał iść do pracy. Czas oczekiwania minął mi na drzemce, małych zakupach i sprzątaniu jego pokoju. W końcu, późno w nocy wrócił do mnie i od tej chwili mogliśmy być już razem.
Dodatkowo nie było nikogo po za nami w całym mieszkaniu, więc mogliśmy czuć się swobodnie.
Niedziela minęła pod hasłem przygotowań do sylwestra. Robert pojechał do pracy, a ja wyruszyłem na zakupy. Boże, ilu ludzi w tym hipermarketach!! Dwadzieścia minut spędziłem w samej kolejce na stoisku alkoholowym:/
Dwa sklepy, prawie cztery godziny i o ponad 120 złotych chudszy portfel-to bilans tej wyprawy. Gdy wróciłem, zacząłem przygotowywać kolację. Ale nie była ona zwykła, nie myślcie sobie. Pieczony filet z indyka, młode ziemniaczki, sos myśliwski i surówka z czerwonej kapusty. Mniam, na samą myśl cieknie mi ślinka…
Tak więc, Robert wrócił z pracy, zjedliśmy romantyczną kolację we dwoje, a potem…osuszaliśmy łazienkę, bo nam pralka wyrzuciła prawie cała wodę, haha. Noc sylwestrową spędziliśmy tylko we dwóch, patrząc na fajerwerki za oknem, a potem oglądając filmy.
Kolejne dni były równie sielskie.
We wtorek spotkaliśmy się z wspólnymi znajomymi. Najpierw kolacja, a potem wypad do H20. Było świetnie. Z Maćkiem śpiewaliśmy na karaoke Dodę, z Markiem podyskutowaliśmy, jak obronić się przed nachalnością innych facetów, no i oczywiście z Robertem wylewałem siódme poty na parkiecie. Do domu wróciliśmy po godzinie 3, nawet nie pamiętam jak trafiliśmy do łóżka i kiedy zasnęliśmy.
W środę wrócili współlokatorzy.
Niestety, nie byłoby to nawet takie straszne, gdyby nie jeden z nich dosłownie nie zaatakował słownie Roberta, że mieszkanie wygląda jak śmietnik.
Nie wyobrażacie sobie, jakie pierdoły potrafią ludziom przeszkadzać i w jaki sposób próbują postawić na swoim. Doszło do tego, że w cały konflikt wciągnięta została nawet właścicielka mieszkania. Eh, ponoć Oni są dorośli.
Nie czułem się więc już w tym mieszkaniu zbyt dobrze. Bałem się, że wśród tych zarzutów zostanie wyciągnięta sprawa moich dość częstych przyjazdów tam. Tak na szczęście się nie stało, ale na chwilę obecną ustaliliśmy z Robertem, że nie będziemy się spotykać u Niego.
We czwartek trzeba było opuścić Dolny Śląsk. Ciężko zniosłem to rozstanie, a dawno już tak źle nie było. Jeszcze mam przed oczami widok Roberta rysującego na szybie dla mnie serduszko…Cóż, nie mogłem się nie wzruszyć…Zdałem sobie sprawę dobitnie z tego, że tylko przy tym człowieku czuję się naprawdę dobrze, że świat wydaje się bardziej kolorowy. Znowu mogłem zasypiać i budzić się w ramionach ukochanej osoby i słyszeć jej zaspany głos tuż obok mojego ucha. Nie chciałbym nigdy tego stracić…
Ah, zapomniałbym się pochwalić. Dostałem prezent zbiorczy, na urodzinki i Nowy Rok w postaci książki Deana Koontz’a oraz uwaga…archiwum mp3 złożonego z 37 płyt!! Jakie to ciężkie było i ...jakie kochane.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz