Wow.
Czas mija strasznie szybko....Kilka miesięcy mnie tu nie było.
Prawie zapomniałem o tym miejscu.
Ale na szczęście jeszcze hasło do bloga pamiętam...uff.
Za rok...Za 12 miesięcy przyjdzie ten czas, kiedy trzeba będzie ostatecznie wejść w dorosłość.
I pomimo tego, że prawie 28 lat na karku, dopiero będę w pełni odpowiadał za siebie. Mało tego - nie dość, że za siebie, to jeszcze za innych...
Na samą myśl, że już tak niedługo ktoś powierzy mi swoje zdrowie, wpędza mnie w lekką panikę. Że ja mam decydować za kogoś? O nie...nie jestem w ogóle do tego przygotowany.
No i paradoks taki, że 6 lat życia w kołchozie (inaczej nie mogę nazwać swojej uczelni) nie przygotowało mnie do tego zawodu ZUPEŁNIE. Co z tego, że będzie tytuł przed nazwiskiem, PWZ, pieczątka....to wszystko się nie liczy, gdy przyjdzie do mnie żywy człowiek i zapyta CO DALEJ? I to ode mnie będzie zależeć...właśnie, co dalej....
Patrząc na wiele osób ze swojego otoczenia dziwi mnie ich pewność siebie. Czy już wiedzą na tyle dużo, by pójść i pod swoją decyzją podbić się i brać pełną odpowiedzialność za swoje kroki? Wątpię....
Nie lubię tego zadufania, zbyt wielkiej pewności siebie, syndromu Boga....
Ja się nie wstydzę przyznać, że się po prostu boję, że wiem za mało...A inni... cóż...nawet nie potrafią przyznać się do błędu!
Dziś od ważnej osoby usłyszałem, że mam charyzmę, że będzie ze mnie dobry pracownik służby zdrowia...Miło to słyszeć, chociaż w głowie zupełnie inny obraz swojej osoby mi się kształtuje....