...listopada.
Dla wielu osób czas zadumy, zatrzymania się nad tym, co było i nigdy już więcej nie powróci.
Dla innych zamerykanizowane święto, polegające na wymyślnym przebieraniu się za różne postacie, znane z horrorów.
My się smucimy, a Amerykanie - bawią. Czy tak powinno być?
W zawód lekarza wpisane jest obcowanie ze śmiercią. Widok zmarłego nie wywołuje aż tak wielkich emocji niż mogłoby się wydawać.
Więc może i dobrze, że Amerykanie śmieją się ze śmierci. To pozwala oswoić się z tym, że nasze życie nie będzie nieskończone.
Póki żyjemy, powinniśmy się cieszyć i starać, by to nasze życie, upłynęło tak, by nie było potem żalu opuszczać ten padół ziemski....
czwartek, 1 listopada 2012
niedziela, 30 września 2012
LEP
Tak, pisałem w sobotę ostatni LEP, czyli Lekarski Egzamin Państwowy.
Ostatni post właśnie się do tego odnosił. Zbierałem się całe wakacje do nauki - wyszło jak zwykle.
Poszedłem na egzamin nie przygotowany...
Pytania, cóż. Niektóre proste, ale większość jak dla mnie przesadnie udziwnionych.
Na szczęście zdałem, może nie jakoś rewelacyjnie. Ale przynajmniej w jakimś zakresie nie zawiodłem siebie i przede wszystkim Miśka.
Nie pozostaje nic innego jak spiąć poślady, zmierzyć się z rozpoczęciem pracy od poniedziałku i zabierać za naukę. Bo następny egzamin już w lutym...
Ostatni post właśnie się do tego odnosił. Zbierałem się całe wakacje do nauki - wyszło jak zwykle.
Poszedłem na egzamin nie przygotowany...
Pytania, cóż. Niektóre proste, ale większość jak dla mnie przesadnie udziwnionych.
Na szczęście zdałem, może nie jakoś rewelacyjnie. Ale przynajmniej w jakimś zakresie nie zawiodłem siebie i przede wszystkim Miśka.
Nie pozostaje nic innego jak spiąć poślady, zmierzyć się z rozpoczęciem pracy od poniedziałku i zabierać za naukę. Bo następny egzamin już w lutym...
piątek, 28 września 2012
Ciężko
Ostatnio jakby gorzej.
Nic już nie cieszy jak dawniej. Życie przytłacza.
Czuję, że zawiodłem.
Miały być wielkie przygotowania - wyszło jak zwykle, czyli nijak.
A najgorsze w tym wszystkim, że zawiodłem nie siebie, ale R.
Starał się jak mógł, by mnie zmobilizować do nauki. I mimo to, nie potrafiłem pokonać swoich niechęci i zrobić to dla niego...
Wczorajszy dzień był najgorszy z dotychczasowych.
Poczułem, że wszystko mnie przerosło. Jakby ktoś na barkach położył mi taki niewidzialny kamienny blok.
I te wątpliwości, które mnie naszły. Czy dobrze wybrałem?
Boję się, że nie sprostam wymaganiom innych. T. twierdzi, że to ja sobie zbyt wysoko poprzeczkę postawiłem, ale jeśli tak w rzeczywistości jest, to dlaczego sam nie dążę do tego by ją przeskoczyć, tylko poddaję się od razu?
Wstęp do nowej rzeczywistości jutro, trwający 4 godziny, a od poniedziałku, cóż...wolę nie myśleć. Bo i tak mam już takiego "stresa", że lepiej nie mówić...
Nic już nie cieszy jak dawniej. Życie przytłacza.
Czuję, że zawiodłem.
Miały być wielkie przygotowania - wyszło jak zwykle, czyli nijak.
A najgorsze w tym wszystkim, że zawiodłem nie siebie, ale R.
Starał się jak mógł, by mnie zmobilizować do nauki. I mimo to, nie potrafiłem pokonać swoich niechęci i zrobić to dla niego...
Wczorajszy dzień był najgorszy z dotychczasowych.
Poczułem, że wszystko mnie przerosło. Jakby ktoś na barkach położył mi taki niewidzialny kamienny blok.
I te wątpliwości, które mnie naszły. Czy dobrze wybrałem?
Boję się, że nie sprostam wymaganiom innych. T. twierdzi, że to ja sobie zbyt wysoko poprzeczkę postawiłem, ale jeśli tak w rzeczywistości jest, to dlaczego sam nie dążę do tego by ją przeskoczyć, tylko poddaję się od razu?
Wstęp do nowej rzeczywistości jutro, trwający 4 godziny, a od poniedziałku, cóż...wolę nie myśleć. Bo i tak mam już takiego "stresa", że lepiej nie mówić...
niedziela, 16 września 2012
Czasem można zostać pozytywnie zaskoczonym
Te wakacje miały być nijakie.
Bo jak bez pieniędzy zaplanować cokolwiek?
I cieszę się, że nie planowaliśmy niczego szczególnego.
Efekt?
Były góry, zaraz potem był wypad nad morze, a na deser odwiedziny u rodziny męża.
I nad tym ostatnim się zatrzymam się przez chwilę.
Bardzo się obawiałem tego wyjazdu...Z R. rodziny, tylko jego matka mnie poznała, gdyż odwiedziła nas kilka lat temu.
A teraz miałem poznać wszystkich, od dziadków, po siostrzeńcu w wieku lat 5 włącznie.
Więc wyobraźcie sobie, jakie myśli chodziły mi po głowie i przede wszystkim jakie obawy mogłem mieć.
Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce, ja byłem w takim stanie, że chciałem zawrócić. Stwierdziłem wtedy, że to był błąd.
Dobrze jednak, że nie zrezygnowałem...
Jadąc myślałem, kogo mam się najbardziej obawiać.
Żeńska część rodziny raczej wykazywała pozytywne nastawienie. Męska - niekoniecznie. Mąż siostry to osoba głęboko wierząca, w dodatku w wieku 25 lat, która ze środowiskiem gejowskim nigdy do czynienia nie miała.
A tu zaskoczenie, że osoba, która nie skończyła wiele kierunków studiów, żyjąca w małej miejscowości gdzie nie pozwala się na zbyt wiele swobodnego myślenia potrafiła spojrzeć na mnie jak na normalnego człowieka...
Dziadkowie również podeszli do mnie ze stoickim spokojem. Była rozmowa przy kiściach winogron, pyszna kawa i potem obiad.
Po kilku dniach pobytu tam, w domowej atmosferze, gdzie nawet wspólne gotowanie wywoływało salwy śmiechu sprawiło, że nie chciałem opuszczać tego miejsca.
Dzięki temu wyjazdowi nabrałem większej wiary w to, że są ludzie, którym nie trzeba wiele tłumaczyć i przekonywać do mojego stylu życia.
Miłość przecież jest taka sama, czy to do kobiety, czy do mężczyzny.
Ważne, żeby sobie zdać sprawę z tego, dla kogo się żyje, bo dawanie szczęścia drugiemu człowiekowi to dla mnie najważniejsza z rzeczy, którą chciałem w swoim życiu osiągnąć.
Cała reszta to tylko dodatek....
Bo jak bez pieniędzy zaplanować cokolwiek?
I cieszę się, że nie planowaliśmy niczego szczególnego.
Efekt?
Były góry, zaraz potem był wypad nad morze, a na deser odwiedziny u rodziny męża.
I nad tym ostatnim się zatrzymam się przez chwilę.
Bardzo się obawiałem tego wyjazdu...Z R. rodziny, tylko jego matka mnie poznała, gdyż odwiedziła nas kilka lat temu.
A teraz miałem poznać wszystkich, od dziadków, po siostrzeńcu w wieku lat 5 włącznie.
Więc wyobraźcie sobie, jakie myśli chodziły mi po głowie i przede wszystkim jakie obawy mogłem mieć.
Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce, ja byłem w takim stanie, że chciałem zawrócić. Stwierdziłem wtedy, że to był błąd.
Dobrze jednak, że nie zrezygnowałem...
Jadąc myślałem, kogo mam się najbardziej obawiać.
Żeńska część rodziny raczej wykazywała pozytywne nastawienie. Męska - niekoniecznie. Mąż siostry to osoba głęboko wierząca, w dodatku w wieku 25 lat, która ze środowiskiem gejowskim nigdy do czynienia nie miała.
A tu zaskoczenie, że osoba, która nie skończyła wiele kierunków studiów, żyjąca w małej miejscowości gdzie nie pozwala się na zbyt wiele swobodnego myślenia potrafiła spojrzeć na mnie jak na normalnego człowieka...
Dziadkowie również podeszli do mnie ze stoickim spokojem. Była rozmowa przy kiściach winogron, pyszna kawa i potem obiad.
Po kilku dniach pobytu tam, w domowej atmosferze, gdzie nawet wspólne gotowanie wywoływało salwy śmiechu sprawiło, że nie chciałem opuszczać tego miejsca.
Dzięki temu wyjazdowi nabrałem większej wiary w to, że są ludzie, którym nie trzeba wiele tłumaczyć i przekonywać do mojego stylu życia.
Miłość przecież jest taka sama, czy to do kobiety, czy do mężczyzny.
Ważne, żeby sobie zdać sprawę z tego, dla kogo się żyje, bo dawanie szczęścia drugiemu człowiekowi to dla mnie najważniejsza z rzeczy, którą chciałem w swoim życiu osiągnąć.
Cała reszta to tylko dodatek....
wtorek, 28 sierpnia 2012
Stało się.
Oficjalnie, dnia dzisiejszego, dopełniłem wszystkie formalności związane z uzyskaniem tytułu lekarza.
Ograniczone Prawo Wykonywania Zawodu odebrane, wpis do Centralnego Rejestru Lekarzy zrobiony, skierowanie na staż również.
Teraz pozostaje mi nic innego jak udać się do szpitala, w którym będę pracował ponad rok i podpisać umowę...
I od października zupełnie nowa rzeczywistość nastanie...
Ograniczone Prawo Wykonywania Zawodu odebrane, wpis do Centralnego Rejestru Lekarzy zrobiony, skierowanie na staż również.
Teraz pozostaje mi nic innego jak udać się do szpitala, w którym będę pracował ponad rok i podpisać umowę...
I od października zupełnie nowa rzeczywistość nastanie...
piątek, 10 sierpnia 2012
Psiak
Jeśli ktoś by mnie zapytał, jakie zwierzę lubię najbardziej, bez wahania odpowiedziałbym, że jest nim pies.
Osobiście uważam, że to jedyna istota, która jest tak szczera w okazywaniu uczuć.
Jeśli psu nie będziesz robić krzywdy, ten zawsze odwzajemni twoją dobroć merdając ogonem gdy tylko pojawisz się w pobliżu. Nie będzie udawał, że Cię lubi...
To zdjęcie znalazłem na stronie: www.ryjbuk.pl i strasznie mi się spodobało, więc wklejam.
Osobiście uważam, że to jedyna istota, która jest tak szczera w okazywaniu uczuć.
Jeśli psu nie będziesz robić krzywdy, ten zawsze odwzajemni twoją dobroć merdając ogonem gdy tylko pojawisz się w pobliżu. Nie będzie udawał, że Cię lubi...
To zdjęcie znalazłem na stronie: www.ryjbuk.pl i strasznie mi się spodobało, więc wklejam.
wtorek, 17 lipca 2012
Cinnamon tea
A wydawało mi się, że skończenie studiów medycznych to takie fajne wydarzenie będzie.
Rzeczywistość okazała się trochę inna.
Obok mnie herbata cynamonowa (mniam), a w głowie szereg dylematów.
Gdzie robić staż, gdzie można się czegoś nauczyć, gdzie nie będę traktowany jak popychadło albo piąte koło u wozu? Szkoda, że na żadne z tych pytań tak na prawdę nie ma jednoznacznych odpowiedzi.
Są plotki ploteczki, a ile w nich prawdy?
Co ciekawe, szpitale które rozważam jako swoje miejsce pracy na najbliższe 13 miesięcy, wcale nie są w Katowicach. A jeszcze rok liczyło się dla mnie tylko to miasto...
Teraz wole pójść gdzieś, gdzie będzie mniej ludzi, gdzie może będzie spokojniej i nie będzie aż takiego wyścigu szczurów. Ja do rozpychania łokciami się nie nadaję. Wolę stanąć z boku i obserwować. Może przez taką postawę wiele tracę, ale czuję się wtedy bezpieczniej.
A najgorsze jest w tym wszystkim to, że w podjęciu decyzji jestem kompletnie sam. Mąż, który zawsze jest dla mnie punktem odniesienia, niestety głosu zabrać nie może, bo to wogóle nie jego działka.
I o zgrozo sobie zdałem ostatnio sprawę, że już od bardzo dawna nie podejmowałem tak ważnej decyzji.
Dla niektórych może to być śmieszne...przecież nie podpisuje cyrografu na całe życie z danym szpitalem, ale dla mnie ten najbliższy czas będzie bardzo ważny, bo może zdecyduje co będzie się ze mną działo później....
Kolejny łyk herbaty i kolejny dylemat.
Czasem zastanawiam się, czy ludzie mają mnie za głupka.
To że w środowisku gejowskim coraz ciężej o zwykłą znajomość, to wiem już od dawna i można powiedzieć, że się z tym pogodziłem. Ale niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że osoby, które są obok mnie zaczynają się odsuwać.
Ja to widzę, one zupełnie nie.
Kiedyś rozmowy codzienne, tematy same się znajdowały...a teraz? Jeśli się sam nie odezwę, to cisza przez długi czas. Jeśli dochodzi do rozmowy, kilka wymienionych pustych zdań i cisza...A na stwierdzenie, że się odsuwamy od siebie odpowiedź, że nie chcą mi przeszkadzać...a ja się w myślach pytam sam siebie w czym? W nudzeniu podczas wakacji?
Rzeczywistość okazała się trochę inna.
Obok mnie herbata cynamonowa (mniam), a w głowie szereg dylematów.
Gdzie robić staż, gdzie można się czegoś nauczyć, gdzie nie będę traktowany jak popychadło albo piąte koło u wozu? Szkoda, że na żadne z tych pytań tak na prawdę nie ma jednoznacznych odpowiedzi.
Są plotki ploteczki, a ile w nich prawdy?
Co ciekawe, szpitale które rozważam jako swoje miejsce pracy na najbliższe 13 miesięcy, wcale nie są w Katowicach. A jeszcze rok liczyło się dla mnie tylko to miasto...
Teraz wole pójść gdzieś, gdzie będzie mniej ludzi, gdzie może będzie spokojniej i nie będzie aż takiego wyścigu szczurów. Ja do rozpychania łokciami się nie nadaję. Wolę stanąć z boku i obserwować. Może przez taką postawę wiele tracę, ale czuję się wtedy bezpieczniej.
A najgorsze jest w tym wszystkim to, że w podjęciu decyzji jestem kompletnie sam. Mąż, który zawsze jest dla mnie punktem odniesienia, niestety głosu zabrać nie może, bo to wogóle nie jego działka.
I o zgrozo sobie zdałem ostatnio sprawę, że już od bardzo dawna nie podejmowałem tak ważnej decyzji.
Dla niektórych może to być śmieszne...przecież nie podpisuje cyrografu na całe życie z danym szpitalem, ale dla mnie ten najbliższy czas będzie bardzo ważny, bo może zdecyduje co będzie się ze mną działo później....
Kolejny łyk herbaty i kolejny dylemat.
Czasem zastanawiam się, czy ludzie mają mnie za głupka.
To że w środowisku gejowskim coraz ciężej o zwykłą znajomość, to wiem już od dawna i można powiedzieć, że się z tym pogodziłem. Ale niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że osoby, które są obok mnie zaczynają się odsuwać.
Ja to widzę, one zupełnie nie.
Kiedyś rozmowy codzienne, tematy same się znajdowały...a teraz? Jeśli się sam nie odezwę, to cisza przez długi czas. Jeśli dochodzi do rozmowy, kilka wymienionych pustych zdań i cisza...A na stwierdzenie, że się odsuwamy od siebie odpowiedź, że nie chcą mi przeszkadzać...a ja się w myślach pytam sam siebie w czym? W nudzeniu podczas wakacji?
piątek, 6 lipca 2012
Coś się kończy...
7-letnia przyjaźń zawiązana w Katowicach w jednym z akademików, "zakończona" w tym samym mieście dziś.
Teraz będzie jedynie facebook, od czasu do czasu skype.
Pytanie tylko, czy to przetrwa na tak dużą odległość.
Ciężko się rozstać, tym bardziej, że opuszcza mnie jedyna osoba, do której miałem zaufanie podczas tych studiów, a która tego zaufania nigdy nie nadurzyła.
Cóż, w nowy rozdział naszego życia przyjdzie nam wkraczać osobno....
Ale za ten miniony czas dziękuję i...
nie żegnam się, tylko mówię "do zobaczenia wkrótce".
Teraz będzie jedynie facebook, od czasu do czasu skype.
Pytanie tylko, czy to przetrwa na tak dużą odległość.
Ciężko się rozstać, tym bardziej, że opuszcza mnie jedyna osoba, do której miałem zaufanie podczas tych studiów, a która tego zaufania nigdy nie nadurzyła.
Cóż, w nowy rozdział naszego życia przyjdzie nam wkraczać osobno....
Ale za ten miniony czas dziękuję i...
nie żegnam się, tylko mówię "do zobaczenia wkrótce".
poniedziałek, 2 lipca 2012
Trust me, I'm a doctor
I tak minęło kilka lat na tej uczelni.
Minęła też jedna z najcięższych sesji - 8 egzaminów, 2 tygodnie, 1 mózg.
Na szczęście wszystko udało się zamknąć za pierwszym razem. Trochę szczęścia, trochę logiki i bardzo bardzo dużo nauki.
Uzyskałem dyplom lekarza! - jeszcze dwa lata temu, rok temu, te słowa były dla mnie abstrakcją.
Teraz powoli stają się rzeczywistością.
Czy coś się zmieniło?
Chyba tylko tyle, że koniec z zajęciami na uczelni, głupawymi zaliczeniami, które rzekomo mają pokazać ile się zdążyłem nauczyć, a tak na prawdę pokazującymi tylko tyle, że układający pytania wykazał się niezwykłą fantazją i chęcią oblania nas.
A co ze ze mną?
Dalej ten sam, dalej patrzący w przyszłość z niepewnością, dalej wątpiący w swoje kompetencje.
Aktualnie trwa załatwienia wszelkich zgód, wpisów do rejestru lekarzy itd. A najgorsze przede mną dopiero - wybranie miejsca, gdzie będę się uczył prawdziwej medycyny przez ponad rok....
Minęła też jedna z najcięższych sesji - 8 egzaminów, 2 tygodnie, 1 mózg.
Na szczęście wszystko udało się zamknąć za pierwszym razem. Trochę szczęścia, trochę logiki i bardzo bardzo dużo nauki.
Uzyskałem dyplom lekarza! - jeszcze dwa lata temu, rok temu, te słowa były dla mnie abstrakcją.
Teraz powoli stają się rzeczywistością.
Czy coś się zmieniło?
Chyba tylko tyle, że koniec z zajęciami na uczelni, głupawymi zaliczeniami, które rzekomo mają pokazać ile się zdążyłem nauczyć, a tak na prawdę pokazującymi tylko tyle, że układający pytania wykazał się niezwykłą fantazją i chęcią oblania nas.
A co ze ze mną?
Dalej ten sam, dalej patrzący w przyszłość z niepewnością, dalej wątpiący w swoje kompetencje.
Aktualnie trwa załatwienia wszelkich zgód, wpisów do rejestru lekarzy itd. A najgorsze przede mną dopiero - wybranie miejsca, gdzie będę się uczył prawdziwej medycyny przez ponad rok....
wtorek, 8 maja 2012
Idą wielkie zmiany....
Cóż...czas oswajać się z myślą, że czasy studenckie na dniach się skończą.
Koniec "swobody", pozornego braku obaw o jutro.
Nadchodzi odpowiedzialność za swoje poczynania, czas dokonywania wyborów (oby słusznych).
I paradoksalnie, do niedawna, chciałem by te studia się skończyły, a teraz...? Zastanawiam się, jak to już koniec?
Koniec "swobody", pozornego braku obaw o jutro.
Nadchodzi odpowiedzialność za swoje poczynania, czas dokonywania wyborów (oby słusznych).
I paradoksalnie, do niedawna, chciałem by te studia się skończyły, a teraz...? Zastanawiam się, jak to już koniec?
piątek, 6 kwietnia 2012
W jakim kraju ja żyję?
Wszyscy na pewno znają historię tragicznej śmierci dziewczynki z Sosnowca.
Tą sprawę obserwuję od samego początku. Zawsze mi tu coś nie pasowało.
Ale na prawdę nóż mi się w kieszeni otwiera jak widzę, co telewizja wyprawia.
Z rodziców robić celebrytów? Ohh jej, jak wszyscy im "współczują".
A ja się pytam, czy ktoś, kto traci dziecko myśli o tym, by przed kamerami opowiadać, jak mu to jest ciężko, jak duża jest nienawiść ludzi?
A już największy idiotyzm to urywek "Rozmów w toku".
- "Nie możemy na ulice wyjść, wszyscy nas rozpoznają, musimy się ukrywać"
To po cholere, co rusz widzę wasze twarze w tv, gazetach?
Idziemy w kierunku Stanów Zjednoczonych - gdzie już nie liczy się człowiek, liczy się tylko kasa, jaką można zarobić na czyjejś tragedii...
Rodzice Madzi są dla mnie ludźmi przegranymi.
Ale czy ktoś się zastanowił co z ich rodzicami? Jak oni się muszą czuć?
Tą sprawę obserwuję od samego początku. Zawsze mi tu coś nie pasowało.
Ale na prawdę nóż mi się w kieszeni otwiera jak widzę, co telewizja wyprawia.
Z rodziców robić celebrytów? Ohh jej, jak wszyscy im "współczują".
A ja się pytam, czy ktoś, kto traci dziecko myśli o tym, by przed kamerami opowiadać, jak mu to jest ciężko, jak duża jest nienawiść ludzi?
A już największy idiotyzm to urywek "Rozmów w toku".
- "Nie możemy na ulice wyjść, wszyscy nas rozpoznają, musimy się ukrywać"
To po cholere, co rusz widzę wasze twarze w tv, gazetach?
Idziemy w kierunku Stanów Zjednoczonych - gdzie już nie liczy się człowiek, liczy się tylko kasa, jaką można zarobić na czyjejś tragedii...
Rodzice Madzi są dla mnie ludźmi przegranymi.
Ale czy ktoś się zastanowił co z ich rodzicami? Jak oni się muszą czuć?
sobota, 24 marca 2012
Czas brać się do roboty.
Koniec marca, a ja nie zrobiłem nic.
Tak mili Państwo, ostatni rok medycyny rządzi się własnymi prawami.
Sesja: letnia - semestr: dwunasty - liczba egzaminów: 8.
No kogoś pogrzało jednym słowem. A w zimowym były tylko dwa. Może i duże to były egzaminy, ale czy nie można było czegoś mniejszego dołożyć, np. anestezjologii albo psychiatrii ?
Mało tego, mamy tylko 2 tygodnie na te egzaminy. BEZ KOMENTARZA!
Na szczęście starostce udało się poustalać w miarę sensownie, w te bezsensownej sytuacji, rozkład egzaminów.
Więc aby jakoś to zdać, powinienem się zacząć już przygotowywać.
Ale powtórzę to, co zwykle mówię: nie chce mi się jak szlag.....
Tak mili Państwo, ostatni rok medycyny rządzi się własnymi prawami.
Sesja: letnia - semestr: dwunasty - liczba egzaminów: 8.
No kogoś pogrzało jednym słowem. A w zimowym były tylko dwa. Może i duże to były egzaminy, ale czy nie można było czegoś mniejszego dołożyć, np. anestezjologii albo psychiatrii ?
Mało tego, mamy tylko 2 tygodnie na te egzaminy. BEZ KOMENTARZA!
Na szczęście starostce udało się poustalać w miarę sensownie, w te bezsensownej sytuacji, rozkład egzaminów.
Więc aby jakoś to zdać, powinienem się zacząć już przygotowywać.
Ale powtórzę to, co zwykle mówię: nie chce mi się jak szlag.....
czwartek, 22 marca 2012
Staram się.
Mimo pozbawienia środków do życia, staram się zachowywać optymizm i skupiać na rzeczach ważnych.
Nie ukrywam, że w dużej mierze to zasługa mojej drugiej połówki...
Staram się zająć czymś ważnym - praca naukowa, praca dodatkowa itp. Chciałbym zakończyć projekt, który jakiś czas temu zacząłem.
Pomimo, że nie jestem typem "myśliciela", podróże komunikacją miejską ostatnio sprawiają, że zamyślam się nad własnym życiem, tym co niedługo nastąpi...
Za 3 miesiące kończę studia. I choć przez ich większą część marzyłem o tym, by się to wreszcie skończyło, tak obecnie jestem przerażony tym, co będzie po nich...
Niestety, te kilka lat wcale nie przygotowały mnie do pracy w zawodzie.
Więc od jesieni, zostanę rzucony na głęboką wodę.
Ta myśl jest coraz bardziej uporczywa, czy dam radę, jak będzie...
Nie ukrywam, że w dużej mierze to zasługa mojej drugiej połówki...
Staram się zająć czymś ważnym - praca naukowa, praca dodatkowa itp. Chciałbym zakończyć projekt, który jakiś czas temu zacząłem.
Pomimo, że nie jestem typem "myśliciela", podróże komunikacją miejską ostatnio sprawiają, że zamyślam się nad własnym życiem, tym co niedługo nastąpi...
Za 3 miesiące kończę studia. I choć przez ich większą część marzyłem o tym, by się to wreszcie skończyło, tak obecnie jestem przerażony tym, co będzie po nich...
Niestety, te kilka lat wcale nie przygotowały mnie do pracy w zawodzie.
Więc od jesieni, zostanę rzucony na głęboką wodę.
Ta myśl jest coraz bardziej uporczywa, czy dam radę, jak będzie...
czwartek, 8 marca 2012
Zostałem żebrakiem
Tak jak w tytule.
I nie z własnej winy, głupoty.
Dzięki "kochającym", zawsze o mnie dbającym rodzicom.
Nagle przestało im odpowiadać finansowanie mojego życia w czasie studiów. Mimo, że ustalaliśmy, że gdy tylko pójdę na staż, koniec z utrzymywaniem mnie.
Najgorsza jest ta hipokryzja, która z nich bije.
Zawsze się starałem pokazywać im, że ilość pieniędzy jaką na mnie łożą, jest dla mnie wystarczająca. Głupio by mi było prosić o więcej.
Czasem musiałem więc bardziej zacisnąć pasa.
A oni się ciągle dopytywali, prosili, że gdyby coś było nie tak, mam powiedzieć, to dadzą więcej.
Aż tu nagle taki numer. Trach - koniec pieniędzy, radź sobie sam....
Dobrze, że chociaż oszczędności udało mi się uzbierać.
PS.
Pisał do mnie jeden medyk.
Chciałem Ci odpowiedzieć, ale system zwrócił mi komunikat, że Twój adres e-mailowy nie istnieje.
Jeśli jeszcze czytasz mojego bloga, proszę, odezwij się :)
I nie z własnej winy, głupoty.
Dzięki "kochającym", zawsze o mnie dbającym rodzicom.
Nagle przestało im odpowiadać finansowanie mojego życia w czasie studiów. Mimo, że ustalaliśmy, że gdy tylko pójdę na staż, koniec z utrzymywaniem mnie.
Najgorsza jest ta hipokryzja, która z nich bije.
Zawsze się starałem pokazywać im, że ilość pieniędzy jaką na mnie łożą, jest dla mnie wystarczająca. Głupio by mi było prosić o więcej.
Czasem musiałem więc bardziej zacisnąć pasa.
A oni się ciągle dopytywali, prosili, że gdyby coś było nie tak, mam powiedzieć, to dadzą więcej.
Aż tu nagle taki numer. Trach - koniec pieniędzy, radź sobie sam....
Dobrze, że chociaż oszczędności udało mi się uzbierać.
PS.
Pisał do mnie jeden medyk.
Chciałem Ci odpowiedzieć, ale system zwrócił mi komunikat, że Twój adres e-mailowy nie istnieje.
Jeśli jeszcze czytasz mojego bloga, proszę, odezwij się :)
wtorek, 14 lutego 2012
Na walentynki - dla Wszystkich Was, co mają, albo jeszcze szukają tego jedynego...
Mineło 6 lat.
Czas biegnie tak szybko jednak...Nie szukajcie ideału, takiego nie ma.
Szukajcie tego, którego uśmiech sprawi, że nawet największy problem choć na moment pójdzie w zapomnienie...
"cause you're amazing, just the way you are..."
wtorek, 17 stycznia 2012
Jestem szczęściarzem
Na codzień już się tego nie dostrzega.
To stało się "chlebem powszednim".
To, że jesteś.
To, że wszystko w Tobie jest takie kochane!
To, że nie ważne ile byśmy byli razem, ciągle i ciągle mi Ciebie mało...
Nie ma Cię 5 minut, a ja tęsknię.
O tym zapominam w gonitwie dnia codziennego.
A przecież gdyby nie Ty, już dawno pewnie bym zwariował w tym świecie obłudy i nienawiści.
To właśnie Ty jesteś dla mnie odnośnikiem do wielu spraw.
Gdy ja czuję się bezradny, to Ty mówisz, co należy, a czego nie.
Chciałbym częściej móc doceniać to, jakie szczęście mnie spotkało, że spotkałeś mnie właśnie Ty.
I chwilami, pojawia się zwątpienie, czy zasługuję na to wszystko? Czy jestem tego wart....
A dziś usłyszałem od Ciebie, że jestem bardzo dużo wart.
I dzięki takiej świadomości, że jest choć jedna osoba na tym świecie, która tak uważa, łatwiej mi pokonywać trudności, bo wiem, że zawsze wrócę do Ciebie...wtulę się i wszystko naokoło przestanie mieć znaczenie....
I mam nadzieję, że tak już będzie na zawsze... Bo ja zawsze i wszędzie już będę tylko Twój...
To stało się "chlebem powszednim".
To, że jesteś.
To, że wszystko w Tobie jest takie kochane!
To, że nie ważne ile byśmy byli razem, ciągle i ciągle mi Ciebie mało...
Nie ma Cię 5 minut, a ja tęsknię.
O tym zapominam w gonitwie dnia codziennego.
A przecież gdyby nie Ty, już dawno pewnie bym zwariował w tym świecie obłudy i nienawiści.
To właśnie Ty jesteś dla mnie odnośnikiem do wielu spraw.
Gdy ja czuję się bezradny, to Ty mówisz, co należy, a czego nie.
Chciałbym częściej móc doceniać to, jakie szczęście mnie spotkało, że spotkałeś mnie właśnie Ty.
I chwilami, pojawia się zwątpienie, czy zasługuję na to wszystko? Czy jestem tego wart....
A dziś usłyszałem od Ciebie, że jestem bardzo dużo wart.
I dzięki takiej świadomości, że jest choć jedna osoba na tym świecie, która tak uważa, łatwiej mi pokonywać trudności, bo wiem, że zawsze wrócę do Ciebie...wtulę się i wszystko naokoło przestanie mieć znaczenie....
I mam nadzieję, że tak już będzie na zawsze... Bo ja zawsze i wszędzie już będę tylko Twój...
środa, 11 stycznia 2012
Uroki życia z współlokatorem część 1.
Długo nosiłem się z napisaniem notki opartej o moje doświadczenia z obecnym współlokatorem.
Ale w świetle ostatnich niezbyt pozytywnych wydarzeń w moim życiu, w ramach oderwania się od nich, postanowiłem dziś skrobnąć kilka słów.
Opowieść będzie miała kilka części - w każdej poruszę wybrane przez siebie zagadnienie.
A więc, do dzieła...!
Posiadamy współlokatora. Założenie było proste. Im więcej nas na mieszkaniu (oczywiście w granicach zdrowego rozsądku), tym mniejsze koszty utrzymania.
Aby uniknąć problemów, postanowiliśmy zaprosić do "współpracy" jednego ze znajomych.
Niby bezpieczniej, większe zaufanie niż do kompletnie obcej osoby, ale...
Współlokator, nazwijmy go Stefkiem, okazuje się osobą ciężką do zaakceptowania.
Stefek oprócz pracy ma kilka hobby. Siedzenie przed komputerem oraz przeprowadzanie długich rozmów telefonicznych. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak...
Niestety, gdy rozmawia przez telefon, średnio 2 razy na minutę wybucha atakiem spazmatycznego śmiechu.
Fajnie - chłopak ma widocznie bardzo rozrywkowe życie i musi się nim podzielić ze swoimi znajomymi. Ale czy ja, będąc dwa pokoje obok, zamknięty, muszę wysłuchiwać przez 2 godziny jego rechotu?
Ba... zastanawiam się, ile pięter w pionie wie, że Stefek rozmawia.
Było delikatne zwrócenie uwagi na ten problem...chwila spokoju i wszystko po kilku dniach wróciło do normy....jego normy.
Stefek jawi mi się jako osoba, której świat to te 4 ściany pokoju, który wynajmuje. Ale nie może zachowywać się jak jeleń na rykowisku! Cud, że jeszcze sąsiedzi nie zaczęli walić w drzwi...
Ale to nie jedyne jego akcje....cdn.
Ale w świetle ostatnich niezbyt pozytywnych wydarzeń w moim życiu, w ramach oderwania się od nich, postanowiłem dziś skrobnąć kilka słów.
Opowieść będzie miała kilka części - w każdej poruszę wybrane przez siebie zagadnienie.
A więc, do dzieła...!
Posiadamy współlokatora. Założenie było proste. Im więcej nas na mieszkaniu (oczywiście w granicach zdrowego rozsądku), tym mniejsze koszty utrzymania.
Aby uniknąć problemów, postanowiliśmy zaprosić do "współpracy" jednego ze znajomych.
Niby bezpieczniej, większe zaufanie niż do kompletnie obcej osoby, ale...
Współlokator, nazwijmy go Stefkiem, okazuje się osobą ciężką do zaakceptowania.
Stefek oprócz pracy ma kilka hobby. Siedzenie przed komputerem oraz przeprowadzanie długich rozmów telefonicznych. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak...
Niestety, gdy rozmawia przez telefon, średnio 2 razy na minutę wybucha atakiem spazmatycznego śmiechu.
Fajnie - chłopak ma widocznie bardzo rozrywkowe życie i musi się nim podzielić ze swoimi znajomymi. Ale czy ja, będąc dwa pokoje obok, zamknięty, muszę wysłuchiwać przez 2 godziny jego rechotu?
Ba... zastanawiam się, ile pięter w pionie wie, że Stefek rozmawia.
Było delikatne zwrócenie uwagi na ten problem...chwila spokoju i wszystko po kilku dniach wróciło do normy....jego normy.
Stefek jawi mi się jako osoba, której świat to te 4 ściany pokoju, który wynajmuje. Ale nie może zachowywać się jak jeleń na rykowisku! Cud, że jeszcze sąsiedzi nie zaczęli walić w drzwi...
Ale to nie jedyne jego akcje....cdn.
niedziela, 1 stycznia 2012
Sylwester 2011
Kolejny rok za nami.
Ten, właśnie miniony, był dla nas trudniejszy niż zwykle.
Utrata pracy, poszukiwania nowej, niepewne jutro, kłopoty finansowe.
Ubiegły rok obnażył też prawdę o kilku osobach. Ile tak na prawdę były warte? Przemilcze.
Rok 2012 będzie przełomowy.
To rok kiedy wreszcie ukończe te studia i pójdę do pracy jako lekarz. Na sama myśl robi mi się słabo...
Ale praca to również stałe źródło dochodu, a stałe źródło dochodu może otworzy nam dotychczas zamknięte furtki :)
A sylwester?
Spędzony we dwójke.
Dużo przygotowań, ale opłaciło się.
Pisałem już, że lubię gotować?
Wczoraj opanowałem do perfekcji robienie sosów do mięska, a i spróbowałem zrobić małą przystawkę - caprese.
Wyszła wyśmienicie!
A swoje osiągnięcia prezentuję poniżej :)
A tutaj sosy ala sphinx (lub jak kto woli fenix):
Ten, właśnie miniony, był dla nas trudniejszy niż zwykle.
Utrata pracy, poszukiwania nowej, niepewne jutro, kłopoty finansowe.
Ubiegły rok obnażył też prawdę o kilku osobach. Ile tak na prawdę były warte? Przemilcze.
Rok 2012 będzie przełomowy.
To rok kiedy wreszcie ukończe te studia i pójdę do pracy jako lekarz. Na sama myśl robi mi się słabo...
Ale praca to również stałe źródło dochodu, a stałe źródło dochodu może otworzy nam dotychczas zamknięte furtki :)
A sylwester?
Spędzony we dwójke.
Dużo przygotowań, ale opłaciło się.
Pisałem już, że lubię gotować?
Wczoraj opanowałem do perfekcji robienie sosów do mięska, a i spróbowałem zrobić małą przystawkę - caprese.
Wyszła wyśmienicie!
A swoje osiągnięcia prezentuję poniżej :)
| Caprese na poduszce z sałaty lodowej |