Ostatnio jakby gorzej.
Nic już nie cieszy jak dawniej. Życie przytłacza.
Czuję, że zawiodłem.
Miały być wielkie przygotowania - wyszło jak zwykle, czyli nijak.
A najgorsze w tym wszystkim, że zawiodłem nie siebie, ale R.
Starał się jak mógł, by mnie zmobilizować do nauki. I mimo to, nie potrafiłem pokonać swoich niechęci i zrobić to dla niego...
Wczorajszy dzień był najgorszy z dotychczasowych.
Poczułem, że wszystko mnie przerosło. Jakby ktoś na barkach położył mi taki niewidzialny kamienny blok.
I te wątpliwości, które mnie naszły. Czy dobrze wybrałem?
Boję się, że nie sprostam wymaganiom innych. T. twierdzi, że to ja sobie zbyt wysoko poprzeczkę postawiłem, ale jeśli tak w rzeczywistości jest, to dlaczego sam nie dążę do tego by ją przeskoczyć, tylko poddaję się od razu?
Wstęp do nowej rzeczywistości jutro, trwający 4 godziny, a od poniedziałku, cóż...wolę nie myśleć. Bo i tak mam już takiego "stresa", że lepiej nie mówić...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz