Przez ostatnie dni, dobitnie zdałem sobie sprawę z tego, że moje życie złożone jest z pożegnań.
Ciągle ktoś mnie opuszcza. Czasem na krótko, czasem na długo, a czasem, tak jak jest w tym przypadku....nikt nie wie na jak długo.
Jeśli wydaje się Wam, że niezaliczenie semestru przecież nie jest tak wielką tragedią, to się grubo mylicie.
Moja najbliższa koleżanka na studiach, nie zdała jednego przedmiotu. Efektem tego jest brak zaliczenia roku oraz powrót do swojego kraju.
Ponado, w poniedziałek dowiedziałem się, że wraca do siebie i jeszcze w ten sam dzień, okazało się, że będziemy się musieli wieczorem pożegnać:/
Wiedzieliśmy, że te ostatnie godziny będą ciężkie, dlatego postanowiliśmy cały dzień spędzić razem.
Pojechaliśmy do Silesi, pochodziliśmy po galerii, czasem robiąc z siebie durnia, by na koniec wylądować tradycyjnie na jednym piwku.
Potem wróciliśmy do akademika i rozkręciliśmy małą imprezę pożegnalną....
Małą jak małą, ale efekty naszego pichcenia w kuchni po paru głębszych, czuć było na 4 innych piętrach, hahaha.
Pomimo upojenia alkoholem, pomimo tańczącej przed oczami podłogi, przyszedł moment na powiedzenie sobie " Do zobaczenia"-choć żadne z nas nie wie, czy się jeszcze zobaczymy.
Powiem Wam szczerze, że zaprzyjaźnienie się z kimś z zagranicy, przyniosło mi wiele nowych doświadczeń.
Nauczyłem się trochę nowego języka, poznałem kulturę i religię jej państwa, a także, to co najważniejsze, nauczyła mnie podchodzić do ludzi z uśmiechem oraz tego, że nie ważne co się dzieje naokoło, trzeba zacisnąć zęby i przeć na przód.
Eh, będzie mi brakować tych wspólnych spacerów, tych rozmów o życiu, ale też i pierdołach. Potrafiliśmy się wzajemnie bardzo wspierać, dlatego też wiele ciężkich chwil udało nam się wspólnie przetrwać.
A teraz...dołączy do tych wszystkich moich bliskich, których nie ma obok mnie...:(