niedziela, 29 kwietnia 2007

Miały być...

Miał być taras, las, grill, wódka z sokiem z czerwonych grejpfrutów...
Za to będą góry, las i prawdziwie "branżowy wyjazd"...
Ciekawe jak będzie??

sobota, 21 kwietnia 2007

Ostatnie dni


Są jakieś szare, bezpłciowe. Dzień zaczyna się i kończy bez jakiegokolwiek sensu…
Co z tego, że jest ładna pogoda, jak nawet nie mam ochoty wyjść na spacer. Nie mam z tego teraz radości.
Nie chce mi się gadać z ludźmi na poważne tematy. Zadowalam się prostymi gadkami o pierdołach, albo wręcz unikam kontaktu.
Przez co to wszystko się stało??
Przez to, że już dawno nie widziałem się z Robertem.
Czuję wewnętrzną pustkę, którą On zawsze zapełnia. Dodaje we mnie część, która sprawia, że częściej mogę się uśmiechać, że chce mi się rano wstać, że mogę czerpać radość ze słonecznego dnia.
Chcę już Go zobaczyć, ale dni mi się ostatnio cholernie dłużą…

Jeszcze tydzień, 7 dni, 168 godzin, 10080 minut, 604800 sekund…

piątek, 20 kwietnia 2007

Nawet w moich snach...


Byłem zmęczony po całym tygodniu. Położyłem się, aby troszkę się zdrzemnąć.
Obudziłem się zalany łzami i łomoczącym sercem….Śniło mi się…
Jakiś człowiek, zaraził mnie jakimś dziwnym zarazkiem. Konsekwencją tego, było branie udziału, w jakiś przedziwnych badaniach, które odbywały się w „laboratorium na kółkach”. Te badania przynosiły śmierć….
Gdy nadszedł dzień, przyjazdu ciężarówki, ludzie zarażeni stali na przystanku, przerażeni, smutni i zdeterminowani do tego, by nie dać sobie wkłuć żadnej igły, bo to oznaczałoby koniec.
Ja również stałem na tym przystanku, czekając na koniec.
Stałem z … telefonem przy uchu. Rozmawialiśmy, żegnaliśmy się…na zawsze…
Stałem…płakałem…mój świat się zawalił….wiedziałem, że już nie wrócę…do Ciebie

czwartek, 5 kwietnia 2007

Pożegnanie


Przez ostatnie dni, dobitnie zdałem sobie sprawę z tego, że moje życie złożone jest z pożegnań.
Ciągle ktoś mnie opuszcza. Czasem na krótko, czasem na długo, a czasem, tak jak jest w tym przypadku....nikt nie wie na jak długo.
Jeśli wydaje się Wam, że niezaliczenie semestru przecież nie jest tak wielką tragedią, to się grubo mylicie.
Moja najbliższa koleżanka na studiach, nie zdała jednego przedmiotu. Efektem tego jest brak zaliczenia roku oraz powrót do swojego kraju.
Ponado, w poniedziałek dowiedziałem się, że wraca do siebie i jeszcze w ten sam dzień, okazało się, że będziemy się musieli wieczorem pożegnać:/
Wiedzieliśmy, że te ostatnie godziny będą ciężkie, dlatego postanowiliśmy cały dzień spędzić razem.
Pojechaliśmy do Silesi, pochodziliśmy po galerii, czasem robiąc z siebie durnia, by na koniec wylądować tradycyjnie na jednym piwku.
Potem wróciliśmy do akademika i rozkręciliśmy małą imprezę pożegnalną....
Małą jak małą, ale efekty naszego pichcenia w kuchni po paru głębszych, czuć było na 4 innych piętrach, hahaha.
Pomimo upojenia alkoholem, pomimo tańczącej przed oczami podłogi, przyszedł moment na powiedzenie sobie " Do zobaczenia"-choć żadne z nas nie wie, czy się jeszcze zobaczymy.

Powiem Wam szczerze, że zaprzyjaźnienie się z kimś z zagranicy, przyniosło mi wiele nowych doświadczeń.
Nauczyłem się trochę nowego języka, poznałem kulturę i religię jej państwa, a także, to co najważniejsze, nauczyła mnie podchodzić do ludzi z uśmiechem oraz tego, że nie ważne co się dzieje naokoło, trzeba zacisnąć zęby i przeć na przód.

Eh, będzie mi brakować tych wspólnych spacerów, tych rozmów o życiu, ale też i pierdołach. Potrafiliśmy się wzajemnie bardzo wspierać, dlatego też wiele ciężkich chwil udało nam się wspólnie przetrwać.
A teraz...dołączy do tych wszystkich moich bliskich, których nie ma obok mnie...:(