piątek, 24 listopada 2006

Jaki ten świat mały


Ten tydzień był wyjątkowy…zdecydowanie!
Jednak początek nie zapowiadał się zbyt ciekawie. Nie dzwonili do mnie z pracy przez kilka dni. Naturalnie pojawiły się myśli, że teraz przed świętami, będą mieć dużo rąk do pracy. A u mnie, brak pracy równa się oczywiście brak pieniążków…
Wszystko zmieniło się we wtorek. Nie dość, że zadzwonili, to w dodatku poproszono mnie o deklaracje na cały grudzień, w które dni mogę przyjść do pracy. A najlepsze jest to, że moja stawka godzinowa wzrosła prawie dwukrotnie!!
No, teraz za takie pieniądze można pracować, haha.

Mało tego…okazało się, że nasz świat nie jest taki wielki.
Gej na geja zawsze trafi, a ja mam go tak blisko….śpi na łóżku obok mojego:D
Mam współlokatora geja!!
On jeszcze nie wie, że znam jego orientację.
Pomijam fakt, w jaki sposób się dowiedziałem, ale pewność mam 100%. Teraz czekam na dobry moment, by mu powiedzieć o sobie. Jeśli się sam nie przyzna, to już trudno, ale chyba ciężko by gej był homofobem, prawda??

niedziela, 19 listopada 2006

Poranek-dzień-popołudnie-wieczór-noc


Cudownie jest budzić się rano i pierwsze co ujrzeć, to zaspane oczka i pojawiający się uśmiech na Twej twarzy…
Chcę tak się budzić już co rano…

sobota, 11 listopada 2006

Święta, święta


Hmmm…no i w końcu 11 listopad,
Tegoroczne moje imieninki, bo dla wszystkich niewtajemniczonych, dziś święto wszystkich Marcinów, były troszkę inne niż wszystkie pozostałe.
Po pierwsze mogłem je obchodzić ze świadomością, że nie jestem już samotną istotką.
Po drugie, u mnie w akademiku, szykowała się imprezka….hehe.

A więc od początku…Najpierw wyjazd do TESCO po prowiant. Dobra, przyznaję się…żywność była tylko dodatkiem. Kupiliśmy 6 butelek…:)
Potem powrót do akademika, szybkie sprzątanie i oczekiwania na gości.
Bawiliśmy się przednie. Alkoholu oczywiście brakło, ale uznaliśmy, że i tak jest fajnie.
Dostałem pieska…różowego. Czyżby koleżanka coś podejrzewała?? Nie wiem, haha.
Ale maskotka jest świetna.
Na drugi prezent jeszcze muszę poczekać, ale już zdążyłem się dowiedzieć, że to będzie coś z kosmetyków:)
Ale prezenty nie były najważniejsze. Najistotniejsze dla mnie były życzonka oraz pamięć tych, którzy nie zapomnieli o moim święcie…Dlatego też, pozwolę sobie tu wymienić ( w kolejności przypadkowej) wszystkich tych, którzy mi je złożyli:
Misiak, Gosia, Bartek, Grześ, Robert, Mateusz, Michał, Dominik, Łukasz, Monika, Krzysiek, Martin, Aga, A.,Z., Mateusz i…chyba to wszyscy. Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem i wszystkim tym, co pamiętali, z całego serca gorąco dziękuję:)

czwartek, 2 listopada 2006

Pierwszy raz


I znów Wrocław…Tym razem jednak inaczej, tak nowo, jak nigdy dotychczas….
Po raz pierwszy Robert nie odebrał mnie na dworcu centralnym.
Po raz pierwszy musiałem sam dotrzeć do naszego pokoiku i się zakwaterować.

Dlaczego tak?? Ponieważ Misiak był w pracy, a ja miałem do wyboru, albo przyjechać wcześniej i wszystko sam pozałatwiać, albo czekać do nocy aż wyjdzie z pracy i dopiero wtedy przybyć.
Wybrałem więc tą pierwszą opcję.
Zakwaterowałem się, rozpakowałem i zająłem przygotowaniami do moich piątkowych zajęć.
Tuż po 22. Robert zadzwonił do mnie tradycyjnie. Szybciutko opowiedział, co się wydarzyło w pracy. Zanim się obejrzałem, powiedział, że z tramwaju wysiada i już idzie do mnie.
Wystawiłem nosa przez okno z nadzieją, że zobaczę go z okna, które akurat wychodziło na przystanek. Niestety nie zdążyłem.
Po paru minutkach, drzwi od pokoju otworzyły się i stanął w nich On:)
Fajne było to oczekiwanie, takie nowe, niespotykane dotąd. Dało to nam też taką namiastkę tego, jakby to było, gdybyśmy mieszkali razem, dzieląc ze sobą codzienność…
We wtorek, znów zostałem sam.
Tym razem Robert wyruszył na uczelnię. Ja się w między czasie doprowadziłem do stanu używalności, zjadłem dość późne śniadanie i…po raz pierwszy sam pojechałem na polibudę. Tam sobie posiedziałem trochę, ale na szczęście czas wypełniło mi buszowanie po stronach internetowych.
Środa, to dzień spotkań na mieście i oglądania filmów.
Czwartek…po raz pierwszy w tym roku, obserwowaliśmy pierwsze płatki śniegu…

Tyle rzeczy nowych się działo. Aż nie do pomyślenia jest to, że po tylu miesiąc razem, jeszcze jest w stanie coś świeżego się wydarzyć. To daje takie dziwne poczucie, że nie stoimy w miejscu, że jest jeszcze wiele do przeżycia…

PS.
Mam nadzieję, że zima sie jeszcze nie zaczęła…ale spoglądam teraz na warstwę śniegu leżącą na moim ogródku i zastanawiam się, czy nie czas odkurzyć już kurtkę zimową, blee….