I znów Wrocław…Tym razem jednak inaczej, tak nowo, jak nigdy
dotychczas….
Po raz pierwszy Robert nie odebrał mnie na dworcu
centralnym.
Po raz pierwszy musiałem sam dotrzeć do naszego pokoiku i
się zakwaterować.
Dlaczego tak?? Ponieważ Misiak był w pracy, a ja miałem do
wyboru, albo przyjechać wcześniej i wszystko sam pozałatwiać, albo czekać do
nocy aż wyjdzie z pracy i dopiero wtedy przybyć.
Wybrałem więc tą pierwszą opcję.
Zakwaterowałem się, rozpakowałem i zająłem przygotowaniami
do moich piątkowych zajęć.
Tuż po 22. Robert zadzwonił do mnie tradycyjnie. Szybciutko
opowiedział, co się wydarzyło w pracy. Zanim się obejrzałem, powiedział, że z
tramwaju wysiada i już idzie do mnie.
Wystawiłem nosa przez okno z nadzieją, że zobaczę go z okna,
które akurat wychodziło na przystanek. Niestety nie zdążyłem.
Po paru minutkach, drzwi od pokoju otworzyły się i stanął w
nich On:)
Fajne było to oczekiwanie, takie nowe, niespotykane dotąd.
Dało to nam też taką namiastkę tego, jakby to było, gdybyśmy mieszkali razem,
dzieląc ze sobą codzienność…
We wtorek, znów zostałem sam.
Tym razem Robert wyruszył na uczelnię. Ja się w między
czasie doprowadziłem do stanu używalności, zjadłem dość późne śniadanie i…po
raz pierwszy sam pojechałem na polibudę. Tam sobie posiedziałem trochę, ale na
szczęście czas wypełniło mi buszowanie po stronach internetowych.
Środa, to dzień spotkań na mieście i oglądania filmów.
Czwartek…po raz pierwszy w tym roku, obserwowaliśmy pierwsze
płatki śniegu…
Tyle rzeczy nowych się działo. Aż nie do pomyślenia jest to,
że po tylu miesiąc razem, jeszcze jest w stanie coś świeżego się wydarzyć. To
daje takie dziwne poczucie, że nie stoimy w miejscu, że jest jeszcze wiele do
przeżycia…
PS.
Mam nadzieję, że zima sie jeszcze nie zaczęła…ale spoglądam
teraz na warstwę śniegu leżącą na moim ogródku i zastanawiam się, czy nie czas
odkurzyć już kurtkę zimową, blee….
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz