Chciałoby się powiedzieć, że już nadgryzione przez upływający nieubłagalnie czas, ale fotografie - zachowane na dysku komputera przecież się nie starzeją. Wydłuża się jedynie okres od czasu, kiedy zostały zrobione.
I tak spoglądam na to co było, na ludzi których poznałem, miejsca które odwiedziłem.
Większość z tych osób już "nie ma", żyją gdzieś, może z kimś budują wzajemne szczęście.
Czasem chciałbym złapać za telefon i napisać proste słowa: co słychać? Po chwili okazuje się, że numer przecież już jakiś czas temu usunąłem lub "nie ma takiego numeru" .
Czemu jest tak, że jedni ludzie odchodzą w cień, by na ich miejsce pojawili się nowi?
Były obietnice - "tak łatwo się mnie nie pozbędziesz", "nie zapomnę...". Cóż, życie na bieżąco weryfikuje, kto zostanie, a kto nie.
Nawet z długiej listy gg, pozostała tyko garstka osób, które się jeszcze oddzywają, ale kto wie, jak długo to będzie trwało i czy też nie odejdą gdzieś tam...
Czasem stwierdzam, że bardzo ciężko o dobrą znajomość. Ludzie stali się samotnikami, wolą skupić się na sobie. A może to ze mną jest coś nie tak, może ja ich podświadomie odpycham?
Ktoś powie, nie liczy się ilość, ale jakość.
Ale miło by było odwiedzić kogoś, porozmawiać, tak po prostu pobyć...I nie za pomocą komputera, tylko twarzą w twarz.
Czasami zapominam, jak wartościowe mogą być takie spotkania...
środa, 12 sierpnia 2009
środa, 29 lipca 2009
Koniec
Skończył się okres moich praktyk. W sumie powinienem jeszcze chodzić 2 dni, ale postanowiłem zrobić sobie wcześniejsze wakacje. I tak nikt nie zwróci uwagi na moją nieobecność, eh...
Po za tym w ciągu ostatnich kilku dni, parę rzeczy uległo zmianie.
Chyba najistotniejszą sprawą jest to, że za miesiąc się przeprowadzamy...
Heh, i kto by pomyślał, że cieknący kran, odklejająca się tapeta czy sąsiad urządzający orgie z wiertarką - to kiedyś doprowadzało mnie do szału, a teraz...chyba za tym zatęsknię.
I co z tego, że nowe będzie lepsze, większe, bez upierdliwego sąsiada. Ale nie będzie "leśnego" widoku za oknem, posiedzeń na balkonie itd. Przyzwyczaiłem się do tego, co mam teraz i jednak trochę żal stąd odchodzić....
Po za tym w ciągu ostatnich kilku dni, parę rzeczy uległo zmianie.
Chyba najistotniejszą sprawą jest to, że za miesiąc się przeprowadzamy...
Heh, i kto by pomyślał, że cieknący kran, odklejająca się tapeta czy sąsiad urządzający orgie z wiertarką - to kiedyś doprowadzało mnie do szału, a teraz...chyba za tym zatęsknię.
I co z tego, że nowe będzie lepsze, większe, bez upierdliwego sąsiada. Ale nie będzie "leśnego" widoku za oknem, posiedzeń na balkonie itd. Przyzwyczaiłem się do tego, co mam teraz i jednak trochę żal stąd odchodzić....
czwartek, 25 czerwca 2009
Nie idźcie na medycynę !!
Oj nie.
Po kilku latach studiowania na mojej nie-ukochanej Alma Mater stwierdzam, że osoba która ułożyła plan studiów albo miała jakąś chorobę demielinizacyjną, albo upojenie alkoholowe.
Bo jak można wcisnąć w 6-letni plan nauki przedmioty, które nikomu do szczęścia nie są potrzebne? Ba...powiem nawet więcej. Każą nam się uczyć miliona pierdół, typu ile trwa okres inkubacji jakiegoś egzotycznego pasożyta z drugiego końca świata, a nie umiemy udzielić podstawowej pomocy medycznej choremu;/
Poza tym, chyba jestem już za stary na ten kierunek. Kompletny brak motywacji, totalne poczucie bezsensownosc - to uczucia które towarzyszą mi od jakiegoś czasu.
Prosty przykład. Jutro egzamin z patofizjologii, a ja co? Gram na kompie, siedzę na gg i się zastanawiam jak spędzę czas po egzaminacyjny. Nie chce mi się już:(
Od przyszłego tygodnia praktyki w jednym z większych ośrodków medycznych. Mam nadzieję, że tam chociaż przez moment poczuje, że warto było podjąć się tych studiów, bo jak na razie to chyba ... żałuję.
Po kilku latach studiowania na mojej nie-ukochanej Alma Mater stwierdzam, że osoba która ułożyła plan studiów albo miała jakąś chorobę demielinizacyjną, albo upojenie alkoholowe.
Bo jak można wcisnąć w 6-letni plan nauki przedmioty, które nikomu do szczęścia nie są potrzebne? Ba...powiem nawet więcej. Każą nam się uczyć miliona pierdół, typu ile trwa okres inkubacji jakiegoś egzotycznego pasożyta z drugiego końca świata, a nie umiemy udzielić podstawowej pomocy medycznej choremu;/
Poza tym, chyba jestem już za stary na ten kierunek. Kompletny brak motywacji, totalne poczucie bezsensownosc - to uczucia które towarzyszą mi od jakiegoś czasu.
Prosty przykład. Jutro egzamin z patofizjologii, a ja co? Gram na kompie, siedzę na gg i się zastanawiam jak spędzę czas po egzaminacyjny. Nie chce mi się już:(
Od przyszłego tygodnia praktyki w jednym z większych ośrodków medycznych. Mam nadzieję, że tam chociaż przez moment poczuje, że warto było podjąć się tych studiów, bo jak na razie to chyba ... żałuję.
niedziela, 17 maja 2009
Bo
bo mi potrzeba minimalnej uwagi
- jak się czujesz?
- czy mogę coś zrobić dla Ciebie?
- może mnie potrzebujesz?
Tak niewiele, a tak wiele.
Kilka prostych słów, a ile mogą zmienić.
Zamiast tego trzask drzwi i słowa: nie mam czasu się pożegnać...
niedziela, 5 kwietnia 2009
Przyjaciel to skarb
Historii ciąg dalszy.
Po okresie totalnego olewania, przyszedł czas względnej normalności.
Odpowiada na moje "cześć".
Od czasu do czasu pojawi się nawet uśmiech.
Jak zagadam, to zamienimy ze sobą kilka zdań....
Niby wszystko ok, a jednak coś...
Nie wiem co ona czuje, co myśli...teraz wszystko wydaje mi się nieszczere. A z mojej strony? Wcześniej był totalny wkurw, że nie wiem co się dzieje. Teraz przeszło to w względne zobojętnienie. Względne, bo nie mogę się oszukiwać - osoba, która była ważna dla mnie przez kilka lat, w ciągu tak krótkiego okresu nie może stać się mi kompletnie obojętna. Tak z ludzi szybko nie rezygnuje. A jednak...sytuacja sprzed kilku tygodni spowodowała, że zobojętniałem...na kontakt. Próbuje zachowywać się normalnie, ale w sumie to nie mam już ochoty na jakiekolwiek rozmowy między nami.
To smutne, tracić kogoś w tak idiotyczny sposób...A ponadto ja jestem też osobą, którą jak się raz zrani porządnie to ciężko to potem naprawić. I nie jest to spowodowane tym, że celowo chce komuś pokazać jak mocno mnie dotknął. Po prostu obojętnieje z kążdym dniem coraz bardziej...
Więc jak tu teraz komuś zaufać nowemu? Nawet kilka lat głębokiej przyjaźni nie da ci gwarancji, że to się potem nie obróci przeciwko tobie.
A może problem leży gdzie indziej? Może to nie była nigdy przyjaźń?
Z mojej chyba jednak była:(
Po okresie totalnego olewania, przyszedł czas względnej normalności.
Odpowiada na moje "cześć".
Od czasu do czasu pojawi się nawet uśmiech.
Jak zagadam, to zamienimy ze sobą kilka zdań....
Niby wszystko ok, a jednak coś...
Nie wiem co ona czuje, co myśli...teraz wszystko wydaje mi się nieszczere. A z mojej strony? Wcześniej był totalny wkurw, że nie wiem co się dzieje. Teraz przeszło to w względne zobojętnienie. Względne, bo nie mogę się oszukiwać - osoba, która była ważna dla mnie przez kilka lat, w ciągu tak krótkiego okresu nie może stać się mi kompletnie obojętna. Tak z ludzi szybko nie rezygnuje. A jednak...sytuacja sprzed kilku tygodni spowodowała, że zobojętniałem...na kontakt. Próbuje zachowywać się normalnie, ale w sumie to nie mam już ochoty na jakiekolwiek rozmowy między nami.
To smutne, tracić kogoś w tak idiotyczny sposób...A ponadto ja jestem też osobą, którą jak się raz zrani porządnie to ciężko to potem naprawić. I nie jest to spowodowane tym, że celowo chce komuś pokazać jak mocno mnie dotknął. Po prostu obojętnieje z kążdym dniem coraz bardziej...
Więc jak tu teraz komuś zaufać nowemu? Nawet kilka lat głębokiej przyjaźni nie da ci gwarancji, że to się potem nie obróci przeciwko tobie.
A może problem leży gdzie indziej? Może to nie była nigdy przyjaźń?
Z mojej chyba jednak była:(
niedziela, 29 marca 2009
Chyba nie rozumiem
- jak można tak po prostu przestać nadawać na tych samych falach
- jak można tak po prostu po kilku latach powiedzieć "mam Cię głęboko w.."
- jak można zmieszać z błotem coś, w co włozyło się tyle sił
- jak można ot tak - zrezygnować, bez wyraźniej przyczyny
- więc jak tu ufać, pokładać nadzieje, że wsyzstko będzie dobrze??
Ludzie są dziwni...wydawało mi się, że ich rozumiem...chyba jednak nie :(
- jak można tak po prostu po kilku latach powiedzieć "mam Cię głęboko w.."
- jak można zmieszać z błotem coś, w co włozyło się tyle sił
- jak można ot tak - zrezygnować, bez wyraźniej przyczyny
- więc jak tu ufać, pokładać nadzieje, że wsyzstko będzie dobrze??
Ludzie są dziwni...wydawało mi się, że ich rozumiem...chyba jednak nie :(
niedziela, 8 lutego 2009
Idzie nowe, ale czy lepsze?
Od ostatniego wpisu minęło już trochę. Święta – Sylwester – Nowy Rok – Koniec semestru – Sesja.
Wszystko to prawie pod jednym hasłem: choroba. Dosłownie co kilka dni coś mnie dopadało i to z taką intensywnością, że wstać z łóżka czasem nie było sił.
Poszedłem do lekarza…stos badań, prześwietlenia i co? NIC. Jestem kompletnie zdrowy, ale tak wcale się nie czuję:(
Co do życia zawodowo-uczelnianego. Tutaj w miarę ok. Semestr udało się zamknąć bez większych kłopotów, z sesją troszkę gorzej, ale to tylko jedno zaliczenie. Damy radę.
W pracy również dobrze. Fakt, pochłania mi ona trochę czasu, który mógłbym spożytkować na odpoczynek, ale czego się nie robi dla dobrego pieniądza haha.
W życiu prywatnym również wszystko w porządku. Mieszkamy tam gdzie mieszkaliśmy, kochamy się tak jak do tej pory, rozumiemy jak zwykle…Niedługo rocznica…już trzecia, a ja się czuję tak, jakby to była nasza pierwsza. I niech ktoś mi powie, że w środowisku gejowskim nie można stworzyć czegoś prawdziwego, trwałego…Trzeba chcieć i dać siebie…Ktoś niedawno powiedział, że nienawiść jest łatwa, miłość natomiast trudna, bo wymaga siły i oddania. W zupełności się z tym zgadzam. Szkoda tylko, że takie piękne uczucie, trzeba ukrywać w 4 ścianach. Cóż, atak moherowych beretów czasem może mieć katastrofalne skutki…
Wszystko to prawie pod jednym hasłem: choroba. Dosłownie co kilka dni coś mnie dopadało i to z taką intensywnością, że wstać z łóżka czasem nie było sił.
Poszedłem do lekarza…stos badań, prześwietlenia i co? NIC. Jestem kompletnie zdrowy, ale tak wcale się nie czuję:(
Co do życia zawodowo-uczelnianego. Tutaj w miarę ok. Semestr udało się zamknąć bez większych kłopotów, z sesją troszkę gorzej, ale to tylko jedno zaliczenie. Damy radę.
W pracy również dobrze. Fakt, pochłania mi ona trochę czasu, który mógłbym spożytkować na odpoczynek, ale czego się nie robi dla dobrego pieniądza haha.
W życiu prywatnym również wszystko w porządku. Mieszkamy tam gdzie mieszkaliśmy, kochamy się tak jak do tej pory, rozumiemy jak zwykle…Niedługo rocznica…już trzecia, a ja się czuję tak, jakby to była nasza pierwsza. I niech ktoś mi powie, że w środowisku gejowskim nie można stworzyć czegoś prawdziwego, trwałego…Trzeba chcieć i dać siebie…Ktoś niedawno powiedział, że nienawiść jest łatwa, miłość natomiast trudna, bo wymaga siły i oddania. W zupełności się z tym zgadzam. Szkoda tylko, że takie piękne uczucie, trzeba ukrywać w 4 ścianach. Cóż, atak moherowych beretów czasem może mieć katastrofalne skutki…