sobota, 29 grudnia 2007

Dobrze, że już po świętach


OK...nie jestem osobą zbyt rodzinną. Nie lubie siedzieć przy stole, z przyklejonym uśmiechem na twarzy i udawać, że jestem szczęśliwy.
Święta to dla mnie jedna wielka nuuuda. Te wszystkie przygotowania, szał zakupów i gotowania...po co tyle tego?? Chyba po to, by zaraz po świetach zacząć zrzucać przybrane kilogramy;/

Z chwilą gdy ten "magiczny czas" dobiegł końca wyjechałem...do Wrocławia, do mojego Kochania:) Co z tego że nauka, co z tego że pieniędzy mało...wsiadłem w pociąg i znalazłem się na Dolnym Śląsku.
Mój wyjazd zbiegł się akurat z dniem moich urodzin, hehe...Myślałem że spędze je z Miśkiem, a tu nasi znajomi zadzwonili z zaproszeniem na partyjkę....eurobuissnes'a haha. Ok, pojechaliśmy. Chłopaki zrobiły mi niespodziankę. Dostałem książkę zapakowaną w cudowną, prześliczną, rzucającą się od razu w oczy....różową torbą. O ludzie ale miałem głupawe jak to zobaczyłem.
Wieczór spędziliśmy bardzo miło, ale nie posiedzieliśmy za długo. Robert musiał wcześnie wstać następnego dnia, bo szedł do pracy grrr. To oznaczało dla mnie 8-godzinne siedzenie samemu. Jakoś połowę tego czasu przespałem, drugą-czytałem.
Nadszedł kolejny wieczór, spędziliśmy go na miłym spacerku po rynku i robieniu zdjęc nowo zakupionym aparatem. Niedługo zdjęcia znajdą się na blogu:)

A dziś...znowu czekam na mojego Misia, aż wróci z pracy. Ale mam już dostęp do internetu, więc myślę że jakoś znowu wytrzymam.
A już za parę dni sylwester....

środa, 12 grudnia 2007

Mikołajki


W tym roku odwiedział mnie mój prywatny Mikołaj i tak mu się spodobało, że aż został na kilka dni.
Lepszego prezentu nie mogłem sobie wyobrazić. Móc znowu poczuć bliskość ukochanej osoby, budzić się obok niej. Nic tego w życiu nie jest w stanie zastąpić.
Przyjazd dość wyjątkowy, bo po raz pierwszy spędzaliśmy czas na moim mieszkaniu. Mogliśmy się poczuć tak ciepło, domowo. Przez te kilka dni stworzyliśmy przysłowiowe gniazdko rodzinne.
Dodatkowo Robert zajął się częścią wizualną tego gniazdka...od uszczelnienia okna, po umycie ścian i posprzątanie całego mieszkania. Ech...Teraz to dopiero ładnie wygląda.
Ja na takie rzeczy w ciągu tygodnia nie mam czasu. Rzucam ubrania, książki gdzie popadnie i biegne bądź na zajęcia, bądź do pracy. Tylko łóżko pozostaje w miarę uporządkowane...trzeba w końcu gdzieś spać.

A skoro mowa już o uczelni...Mam teraz ciężki okres. Wszystko pędzi w zawrotnym tempie, dni mijają bardzo szybko. Nawet podczas snu wydaje mi się, że jestem dalej w tym pędzie.

Na szczęście, kilka ostatnich dni pozwoliło mi na wzięcie trochę głębszego oddechu.
Jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że wiem dla kogo żyję, dla kogo znoszę tyle przykrości dnia codziennego. I uczucie, które pojawiło się owego czasu, że to wszystko może nie ma sensu, życie razem a jednak osobno, legło w gruzach.
Nie ważne czy jesteśmy oddaleni od siebie o 200 km, czy o 20 tysięcy. Z kimś takim jak On warto pokonywać wszelkie trudności.
A co najbardziej dziwnego,  nawet po tych prawie dwóch latach razem...ciągle potrafi mnie maksymalnie zaskoczyć...:*