niedziela, 23 września 2007
Veni, vidi, vici
Hmm…od czego by tu zacząć. Tyle się wydarzyło…
Poniedziałek 11.09.2007
W ten dzień czekał mnie egzamin praktyczny. Dzięki pomocy Roberta, nie denerwowałem się aż nadto. Jednak gdzieś tam głęboko czułem, że dużo zależy od tego, jak napisze. Wszak egzamin ten otwierał drogę do „II etapu” , czyli rozmowy face to face z egzaminatorem.
Osób zdających było trochę-prawie setka. Oczywiście normą były krążące plotki o osobie, która egzamin przygotowała. Tuż przed egzaminem runęły one w gruzach.
Minęła godzina i było po wszystkim. Teraz trzeba było czekać na wyniki…dwie godziny stresu.
Wszystko poszło dobrze, na wymagane minimum, ale nie ważne. I tak przy swoim numerze widniał napis „ZALICZONO”.
Od tego momentu wpadłem w wir przerzucania książek. Następnego dnia, czekał mnie ustny.
W ciągu kilku godzin przekartkowałem prawie 500 stron skryptów. Nie pytajcie mnie jak to zrobiłem. Sam się po dziś dzień dziwie…
Wtorek 12.09.2007
Jestem 15 minut przed czasem i co…okazuje się, że opóźnienia w pytaniu są takie, że muszę czekać dwie godziny!!
Ludzie wychodzą z ustnego, podają pytania jakie mieli, a ja zadaje sobie pytanie CO TU ROBIĘ…
Poziom mojego stresu rośnie z minuty na minutę. Wyczytują mnie, trafiam do osoby, której nie lubię. PORAŻKA!
Jednak okazuje się, że egzamin przebiega w miłej atmosferze. Po kilku minutach wychodzę szczęśliwy- w końcu mam wakacje!!!!
Wróciłem do akademika, potem poszedłem ze znajomymi na piwko i wróciłem do domu. Trzeba się było spakować, bo następnego dnia miał przyjechać Misiaj na długie 9 dni….
Środa-początek urlopu
Ok…może i Katowice nie są najszczęśliwszym miejscem do spędzania urlopu, ale gdy się nie ma pieniążków zbyt dużo…No i akademik-cena 6zł/dobę zachęcała bardzo bardzo.
Nie będę się rozpisywał. Powiem jedno: BYŁO WSPANIALE.
Dużo spacerowaliśmy, eksplorowaliśmy miasto i chodziliśmy popluskać się w parku wodnym. Nie sądziłem, że Katowice są takie „zielone”. Nawet niedaleko akademika potrafiliśmy sobie zrobić mały piknik na zielonej trawce.
Przez ponad tydzień byliśmy razem…eh. Zdałem sobie jeszcze bardziej sprawę z tego, że z tym człowiekiem chcę mieszkać, chcę spędzić resztę życia.
I pomimo psikusów i dokuczania wiem, że widok uśmiechniętej rano Jego mordki nie pozwoli mi się dąsać zbyt długo.
Dziękuję…
sobota, 1 września 2007
Decyzja odłożona...
Na jakiś czas wstrzymuje się od zamknięcia bloga.
Kurcze, zżyłem się z nim, ale z drugiej strony mam wrażenie, że straciłem umiejętność pisania. Nie powiem, że lekkie oburzenie kilku osób, połechtało moje ego, hehe.
Ja: - wiesz, ale nie chcę pisać tylko dlatego, by coś się tam od czasu do czasu pojawiło, w stylu wstałem, poszedłem do kibla, zjadlem itd
Ja: - nie chciałbym zamykać bloga ostatecznie z jednej b.ważnej dla mnie przyczyny
R: - jakiej? pamiątkowej?
Ja: - pamiątkowej też, ale...
R: - ?
Ja: - żeby nie przestawać wierzyć w marzenia...nawet te, które wydają się nam najbardziej nierealne
Ja: - początkowo wierzyłem w prawdziwą miłość...potem wierzyłem w miłość między INNYMI ludźmi
R: - i...?
Ja: - w pewnym momencie przestałem wierzyc w swoją miłość
Ja: - blog jest dowodem na to, że moje marzenie, pomimo tego, że wydawało mi się nieosiągalne-jednak się spełniło...[...]
Chyba już odkryłem przeznaczenie tego bloga...