Długo nosiłem się z napisaniem notki opartej o moje doświadczenia z obecnym współlokatorem.
Ale w świetle ostatnich niezbyt pozytywnych wydarzeń w moim życiu, w ramach oderwania się od nich, postanowiłem dziś skrobnąć kilka słów.
Opowieść będzie miała kilka części - w każdej poruszę wybrane przez siebie zagadnienie.
A więc, do dzieła...!
Posiadamy współlokatora. Założenie było proste. Im więcej nas na mieszkaniu (oczywiście w granicach zdrowego rozsądku), tym mniejsze koszty utrzymania.
Aby uniknąć problemów, postanowiliśmy zaprosić do "współpracy" jednego ze znajomych.
Niby bezpieczniej, większe zaufanie niż do kompletnie obcej osoby, ale...
Współlokator, nazwijmy go Stefkiem, okazuje się osobą ciężką do zaakceptowania.
Stefek oprócz pracy ma kilka hobby. Siedzenie przed komputerem oraz przeprowadzanie długich rozmów telefonicznych. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak...
Niestety, gdy rozmawia przez telefon, średnio 2 razy na minutę wybucha atakiem spazmatycznego śmiechu.
Fajnie - chłopak ma widocznie bardzo rozrywkowe życie i musi się nim podzielić ze swoimi znajomymi. Ale czy ja, będąc dwa pokoje obok, zamknięty, muszę wysłuchiwać przez 2 godziny jego rechotu?
Ba... zastanawiam się, ile pięter w pionie wie, że Stefek rozmawia.
Było delikatne zwrócenie uwagi na ten problem...chwila spokoju i wszystko po kilku dniach wróciło do normy....jego normy.
Stefek jawi mi się jako osoba, której świat to te 4 ściany pokoju, który wynajmuje. Ale nie może zachowywać się jak jeleń na rykowisku! Cud, że jeszcze sąsiedzi nie zaczęli walić w drzwi...
Ale to nie jedyne jego akcje....cdn.
Wydawać by się mogło, że w XXI wieku wszawica została wyeliminowana z naszego życia :D. Jak widać po Stefku - nie do końca... :)
OdpowiedzUsuńP90