Nigdy nie darzyłem szczególną sympatią chirurgów.
Za to, że mają spaczone poczucie humoru, bardziej niż inni specjaliści medycyny.
Za to, że człowieka leżącego na ich stole operacyjnym, w pełnym znieczuleniu, traktują jak kupę mięsa do pokrojenia.
I za to, że wyżej wymieniony pacjent, nierzadko nieświadomy, jest obiektem głupkowatych żartów i komentarzy.
Nie uogólniam. Zdarzają się chirurdzy na prawdę oddani swojemu fachowi i przede wszystkim zachowujący chociaż trochę człowieczeństwa. Ale to raczej rzadkość...
Dziś miałem do czynienia z typowym obrazem nożownika.
Facet, z wywindowanym ego, który uważa, że jego zdanie jest tym jedynym właściwym.
I ja doskonale zdaje sobie sprawę z ułomności studiów medycznych. Człowiek kończy 6 lat i tak na prawdę nie umie nic zrobić, nie wie jak się zachować itp.
Ale do cholery jasnej. Nie można od nas wymagać czytania w czyichś myślach!
Bo skąd mam wiedzieć, z której strony pan doktor chce, abym stanął, albo że jego słowa "może pan już iść" nie można odbierać dosłownie i mam stać na sali nadal - mimo, że nie jestem tam wogóle potrzebny?
I gdzie zwykłe dziękuję? Ja podziękowałem za to, że mogłem coś z bliska zobaczyć. Niestety, nie zostało to opatrzone nawet najmniejszych komentarzem, ba...przyjęte to zostało z grobową miną, jakbym kogoś tam zabił.
A przecież nie należy do moich obowiązków nadskakiwanie jakiemuś doktorkowi, a już na pewno nie wysłuchiwanie komentarzy, jak to studenci nie nadają się nawet do przepisania historii choroby....
Jutro ostatni dzień tego badziewia...oby minął mniej problemowo!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz