Zostały mi 3 tygodnie zajęć. Oprócz wolnych bloków, rzecz jasna.
A potem najcudowniejsza (w przenośni) sesja...Ginekologia i pediatria...
Oczywiście oba z egzaminem praktycznym i teoretycznym. Tylko czemu na mojej uczelni, egzamin, który powinien sprawdzać umiejętności praktyczne, sprawdza jedynie ile zdążyliśmy się nauczyć(albo wykuć jak kto woli)?
Jak sięgam pamięcią wstecz, to chyba jedynym przedmiotem, w którym egzamin praktyczny rzeczywiście takim był, była interna.
Każdy z nas dostał po 1 pacjencie, godzina czasu i radź sobie człowieku sam. Zbierz wywiad, poskładaj go w jakąś logiczną całość, zbadaj.
Potem zreferuj egzaminatorowi, co rozpoznasz, jak zdiagnozujesz, jak będziesz leczyć. Takie podejście zmusza do myślenia, a nie bezsensownego klepania regułek z pamięci.
Niestety, muszę przyznać, że te studia oduczyły mnie myślenia. Z resztą po co uczyć się na zrozumienie, jak dla większości asystentów liczy się jedynie recytowanie definicji, wytycznych i pierdyliarda objawów w takiej kolejności, jak jest w książce.
I to mnie najbardziej przeraża. Niedługo koniec, a później zderzę się z twardą rzeczywistością, że niestety, ale ja nic nie umiem....:(
Walcze z lenistwem, walcze z niechęcią do uczenia się medycyny...Jak będzie, czy będzie - czas pokaże.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz