Ten tydzień miał być taki luźny...Trzy dni na uczelni, tylko dwa zaliczenia, a potem pociąg i święta z Miśkiem.
Ale oczywiście musiałem się rozchorować. Ba...ale nie żeby jakoś zwykle...Temperatura mi wahała się od 37 do 39 stopni i potrafiła się podnieść w ciągu godziny, by po kolejnej opaść...
Dziś w nocy prawie nie spałem, było mi na przemian to zimno, to gorąco. Eh...a jeszcze miałem po południu zaliczenie.
Wyjazd do Roberta stanął pod wielkim znakiem zapytania...Bilet kupiony, a ja zdycham....
Trząsłem się jak osika na wietrze, ale siedziałem z tą cholerną książka, żeby przynajmniej cokolwiek się nauczyć. Nawet nie wiedziałem, czy będe w stanie dojść na te zajęcia.
Na szczęście ok 5 nad ranem temperatura spadła do...38 stopni. Poczułem się "świetnie" i postanowiłem, że jednak jakoś przesiedze na tych zajęciach. Efekt? Zdałem, haha...
Wieczorkiem temperatura minęła, pozostały tylko pewne dolegliwości.
Teraz się pakuję. Muszę pojechać. Nie widzieliśmy się miesiąc. Strasznie tęsknie...ale już tylko przez parę godzin....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz